piątek, 21 listopada 2008

Erich Fromm – „Psychoanaliza a religia”

Zajmę się dziś omówieniem książki Ericha Fromma pt. „Psychoanaliza a religia”. Nie będzie to jednak żadna recenzja, swoich własnych przemyśleń na temat związku psychoanalizy i religii też nie mam zamiaru tu umieszczać. A to z uwagi na to, że książka ta mam nadzieję posłuży mi do napisania pracy seminaryjnej, której temat jest jeszcze bliżej... a nawet dalej nieokreślony... i wykrystalizuje się dopiero w miarę zgłębiania wiedzy z zakresu teorii Ericha Fromma, a może i Freuda, Frankla i Junga, któż to wie? Ja nie wiem, gdyż książki tych autorów jak na złość wybitnie mało dostępne, za to Fromma udało się wygrzebać już 5 pozycji. W pierwotnym zamyśle temat miał dotyczyć teorii Frankla, ale jak się nie ma… co jest, to wiadomo. No, ale to tylko tak dla wyjaśnienia dlaczego forma posta będzie taka a nie inna. Post może wydać się mało spójny, będzie masa czasem nawet zbyt obszernych cytatów (nigdy nie wiadomo, co się w pracy przyda) i jak już wspomniałam nic od siebie J

W książce „Psychoanaliza a religia” , której pierwsze wydanie ukazało się w 1950 r. a drugie, opatrzone drugim wstępem, poniekąd poprawione, lecz w zasadzie w niemalże niezmienionej formie (dokonano jedynie pewnych modyfikacji terminologicznych) w 1967 r. , Erich Fromm koncentruje się na kwestii religii. Jest ona poniekąd rozwinięciem wcześniejszej pracy Fromma pt. „Niech się stanie człowiek”, gdzie jednak kładzie autor nacisk wyłącznie na kwestie etyczne. (Pisma Fromma na temat religii zajmują obszerny, ponad 500 stronnicowy 6 tom jego dzieł zebranych „Religion”, Stuttgard 1980).
Fromm „(…) pragnął wpływać na rzeczywistość w kierunku realizacji wartości religii humanistycznych. Czytelników O sztuce miłości i Mieć czy być?, a więc książek o bardzo wyraźnym, moralizatorskim przesłaniu, uderza kaznodziejski (chciałoby się powiedzieć profetyczny) patos jego wypowiedzi”.[1]
„Psychoanaliza a religia” jest swoistym podsumowaniem wcześniejszych przemyśleń Fromma na temat fenomenu religijności i roli funkcji społecznej psychoanalizy. „Ważną cechą charakterystyczną filozofii religii Fromma jest świecka – czy też mówiąc jego językiem „nieteistyczna” – interpretacja wierzeń, mitów i obrządków religijnych. Interesują go przede wszystkim etyczne i psychologiczne treści fenomenu religijności (...) Szczególną uwagę przywiązywał on do tropienia rozdźwięków między świadomie akceptowaną religią humanistyczną a faktycznie odmiennymi wartościami, realizowanymi w codziennej praktyce życiowej. W tym sensie – pisał on wielokrotnie – Europa mimo dwóch tysięcy lat istnienia chrześcijaństwa uległa tylko zewnętrznej chrystianizacji i pozostaje właściwie wciąż „pogańska”, ponieważ ludzie oddają się „bałwochwalczym” kultom posiadania, niewybrednej rozrywki i władzy (...) Problematyka religii wypełnia też historiozoficzne analizy Ericha Fromma, które koncentrują się głównie wokół kwestii związanych z narodzinami człowieka, a więc procesem powstawania jego indywidualności, rozwojem intelektu i zdolności do kochania oraz możliwych regresów w tej sferze (...) Nade wszystko jednak problematyka religii obecna jest w antropologii filozoficznej Fromma, który uważał człowieka za istotę par excellence religijną. Homo Sapiens jest zarazem homo religiosus z tej fundamentalnej antropologicznie przyczyny, iż u człowieka nastąpiło ogromne ograniczenie instynktownego behawioru. Sytuacja ta czyni człowieka „wiecznym wędrowcem”, poszukiwaczem sensu życia (...) Tak rozumiana religia jest bardziej doświadczeniem, życiem niż po prostu intelektualną konstrukcją. Obejmuje ona całego człowieka, jego rozum, wolę, uczucia.”[2]
Można zatem powiedzieć, że powstanie zjawiska religijności, obecne we wszystkich cywilizacjach, a odmienne z oczywistych różnic kulturowych, jest wynikiem dążenia do zaspokojenia naturalnej, ludzkiej potrzeby posiadania jakiegoś układu odniesienia i czci. Potrzeba ta jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze, dlatego jak pisał Fromm, człowiek, to homo religiosus. Lecz ów homo religiosus, to człowiek targany niepewnością i sprzecznością:
„(...) dla człowieka religijnego, niezależnie od tego, czy jest „wierzący” czy nie, życie stanowi problem – sam fakt narodzin wywołuje pytanie, na które człowiek musi odpowiedzieć. Tym samym najważniejsze zadanie jego życia sprowadza się do znalezienia odpowiedzi na to pytanie, ale nie odpowiedzi czysto myślowej, lecz takiej, która objęłaby całość jego istoty, zaangażowała bez reszty sposób życia. Dla takiego człowieka życie nie jest czymś zwyczajnie „danym”, nie wymagającym uposażenia w żaden inny sens, który nie sprowadzałby się do jedzenia, picia, przetrwania, przyjemności oraz sprostania kolejnym wydarzeniom zgodnie z własnymi normami etycznymi. Całym sobą doświadcza on głębokich egzystencjalnych antynomii, które przenikają życie: jest wolny – a jednak zdeterminowany; jest indywidualnością – a wszak stanowi część większej całości; jest pełen wiedzy – a wciąż nękany dogłębną ignorancją. Oddzielenie napełnia go cierpieniem. Jego aktywność nakierowana jest na znalezienie optymalnego rozwiązania dla tych sprzeczności, choć równocześnie zdaje sobie sprawę, że takowe nie istnieją – wszak nie ma dla niego celu w życiu, który ważniejszy byłby ponad te usiłowania. W rzeczy samej, tutaj właśnie spoczywa różnica między człowiekiem hedonistycznym i etycznym z jednej strony, a człowiekiem „religijnym” z drugiej”.[3]
Rozdział I: Problem
Na początku swego wywodu Fromm zwraca uwagę na bezradność i zagubienie człowieka, który poruszając się w rozwiniętym technicznie świecie, rozwiniętym przez samego siebie, gdzie techniczne nowinki przeplatają się z naukowymi odkryciami z zakresu genetyki itp., nie może znaleźć swojego miejsca. Człowiek patrząc na stworzony przez siebie świat, nie czuje się szczęśliwy, mimo, że już w ogromnym stopniu ułatwił sobie bytowanie na Ziemi. W tym nieustającym pędzie ku rozwojowi cywilizacji, ku osiągnięciom techniki, nie ma wyraźnej granicy kresu możliwości człowieka. Granica ta coraz bardziej się zaciera, jest już tak niewyraźna, iż wydaje się, że dla rodzaju ludzkiego nie ma już rzeczy niemożliwych, że kolejne odkrycia, eksploatacja wszechświata jest już tylko kwestią czasu. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, dziś jest na wyciągnięcie ręki, jeszcze nigdy człowiek nie rozwijał się tak dynamicznie. A jednak czegoś w tym życiu brakuje. „Żyjemy życiem, w którym trudno szukać braterstwa, szczęścia, zadowolenia, a które pełne jest duchowego chaosu i zdziczenia niebezpiecznie ocierającego się o krawędź szaleństwa (...) szaleństwa pokrewnego schizofrenii, w której zerwaniu ulega kontakt z zewnętrzną rzeczywistością, a myśl odseparowana jest definitywnie od uczucia.”[4]
Dziś jak na tacy podawane nam są przeróżne rozwiązania, od dzieciństwa wpaja się nam, że człowiek z dnia na dzień pnie się na wyżyny zaawansowania, brakuje jednak odpowiedzi na jednak fundamentalne pytanie odnośnie sensu życia. Brak jest podpowiedzi jak żyć by żyć dobrze, dokąd zmierzać i do czego dążyć, jak być szczęśliwym. „Człowiek, upojony dopiero co zdobytym powodzeniem materialnym i sukcesami w procesie opanowywania natury, przestał w sobie samym widzieć podstawową kwestię życia i teoretycznych dociekań. Rozum jako narzędzie odkrywania prawdy i przenikania pod powierzchnię zjawisk do ich istoty został zastąpiony przez intelekt rozumiany jako zwykły instrument służący manipulacji rzeczami i ludźmi. Człowiek przestał wierzyć, że mocą rozumu da się wskazać ważność norm i idei kierujących ludzkim postępowaniem.”[5]
Badaniem duszy zajęła się psychoanaliza. Fromm podkreśla doniosłość roli Freuda, propagatora psychoanalizy, który pokazał na czym polega siła i słabość rozumu ludzkiego, zależnego od zniekształcającego wpływu namiętności.
W rozdziale tym Fromm stawia więc pytanie o relację psychoanalizy do religii.
Rozdział II: Freud i Jung
W rozdziale tym Fromm podejmuje się porównania teorii Freuda i Junga. Porównanie obu koncepcji ma na celu skorygowanie rozpowszechnionego poglądu, zgodnie z którym Freud jest „przeciw”, Jung natomiast „za” religią.
„Dla Freuda źródłem religii jest ludzka bezradność w konfrontacji podwójnej – z jednej strony z siłami natury, zewnętrznymi względem człowieka, z drugiej z siłami działającymi w nim samym. Religia pojawia się we wczesnym stadium ludzkiej ewolucji, kiedy człowiek niezdolny jest jeszcze używać rozumu dla uporania się z tymi – działającymi z zewnątrz i od wewnątrz – siłami, a tym samym zmuszony jest do tłumienia ich bądź opanowywania za pomocą innych sił afektywnych. (...) Stając wobec groźnych, nie poddających się kontroli i zrozumieniu sił (...) człowiek przypomina sobie i , by tak rzecz, cofa się do doświadczeń własnego dzieciństwa, określanych przez poczucie bezpieczeństwa gwarantowane obecnością ojca wyposażonego w cechy nadrzędnej mądrości i siły, którego miłość i ochronę można było zdobyć sobie posłuszeństwem wobec jego nakazów i unikaniem przekraczania zakazów. Tak więc, wedle Freuda, religia jest powtórzeniem doświadczeń dzieciństwa. (...) Freud porównuje religię z nerwicą natręctw, jaką spotykamy u dzieci. Zgodnie z tym, co twierdzi, religia jest nerwicą zbiorową, wywołaną przez warunki podobne do tych, które tworzą nerwicę dziecięcą.”[6]
Pierwszym więc zarzutem odnośnie religii jest więc próba dowodu, iż jest ona jedynie „złudzeniem”. Nie ogranicza się on jednak wyłącznie do tak sformułowanej obiekcji. „Powiada, że religia stanowi zagrożenie ze względu na tendencje do uświęcania złych instytucji ludzkich, z którymi sprzymierzyła się w swoich dziejach, a dalej przez to, że uczy ludzi wiary w złudzenia, przez zakaz krytycznego myślenia zaś odpowiedzialna jest za wyjałowienie ludzkiej inteligencji. (...) Trzecia zaś obiekcja, jaką Freud wysuwa wobec religii, to ta, że opiera moralność na bardzo niepewnym gruncie. Jeżeli prawdziwość norm moralnych miałaby się opierać na tym, że są boskimi przykazaniami, to przyszłość etyki – jej istnienie lub zanik - zależałaby od stosownego rozstrzygnięcia kwestii wiary w Boga.”[7]

[1] Fromm Erich, Psychoanaliza a religia, Rebis, Poznań 2000; ze wstępu Mirosława Chałubińskiego, s. 7
[2] Tamże, s. 7-9
[3] Fromm Erich, Psychoanaliza religia, Rebis, Poznań 2000, s.30
[4] Tamże, s.34
[5] Tamże, s. 37-38
[6] Tamże, s.44-45
[7] Tamże s. 47

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

przeczytalam nowy wpis by w polowie zauwazyc,ze czegos nie usunelas

Anonimowy pisze...

zeby wyrazic sie dobitniej,nalezy usunac moje zdjecie...o,wlasnie to,ilez mozna prosic

Łukasz pisze...

Oj znowu nie jestem pierwszy. Zdjęcia są całkiem potrzebne na tym blogu ;p

A co do treści wpisu to faktycznie ładnie omawiasz tę "pigułę" (600 str. maczkiem). Obawiałem się, że to będzie taki post jak z tąd do Międzyborowa, ale lepiej, że jest krótszy i zwięzły. Swoją drogą sporo dobrze wykonanej pracy.

Anonimowy pisze...

again

aNa pisze...

masz,zadowolona osoba?

A to nie jest omówienie "Anatomii ludzkiej destrukscyjności", tylko "Psychoanalizy a religii", sporo cieńszej :] Ale opracowanie tej pierwszej też jest już w przygotowaniu ;]

Anonimowy pisze...

interesujące... :)