wtorek, 7 kwietnia 2009

"Slumdog. Milioner z ulicy"

Muszę przyznać, ze film "Slumdog. Milioner z ulicy" wywołał we mnie uczucie pozytywnego zaskoczenia. Po bollywoodzkich produkcjach typu "Czasem słońce, czasem deszcz"(2001) i "Jestem przy tobie" (2004) spodziewałam się przejaskrawionego, sielankowego obrazu Indii, gdzie to w śnieżnobiałych ( jak z reklamy jakiegoś ACE nawiasem mówiąc) koszulinach ludzie po ulicach się przechadzają, gdzie ślicznym Hinduskom schodzącym po marmurowych schodach wytwornej willi wiatr jakiś, niczym mnie w metrze ;) zmysłowo włos rozwiewa (tyle, że moje długie włosy tak radośnie przeciąg wichrzy, a owym paniom w tych czterech ścianach jakiś inny chyba czynnik, niewiadomego pochodzenia). Ludzie tam na ulicy wedle potrzeby tańczą zawsze równym krokiem, panie potrząsają bransoletami... i wszystko w ogóle jest ładne i piękne. W Slumdogu natomiast nie ma tańców, nie ma naciąganej do granic możliwości sielanki. Jest szara rzeczywistość w której uczestniczą zwykli ludzie, ci z najniższej kasty, jest ubóstwo, walka o przetrwanie, ale i małe radości, potęga przyjaźni. Film opisuje historię chłopca, który po stracie matki zaprzyjaźnia się z dziewczynką, która również straciła matkę w tych samych okolicznościach (tajemnicą powiało, ale nie chcę odbierać chęci do obejrzenia filmu). Od samego początku brat chłopca nie akceptuje nowej koleżanki, nie rozumie chęci pomocy jaką główny bohater ofiarowuje dziewczynie. Mozna powiedzieć, że jest trochę zazdrosny o zainteresowanie i przyjaźń młodszego brata. Dzieci powoli dorastają, zdani wyłącznie na siebie kombinują jak tylko mogą aby sobie jakoś egzystencję w tym marnym łez padole zorganizować, a bystre są - jak to dzieci, i uczą się szybko, więc rosną sobie dalej jako tako bytując, nie wygląda, aby głodem przymierały, nawet im się czasem farci, biorąc pod uwagę liczne niebezpieczeństwa jakie na ich drodze się pojawiają i ku ich przestrodze , (nie wypada powiedzieć, ze na szczęście) dotykają innych. Owe nieszczęścia są konsekwencją niewłaściwie zawieranych znajomości, jak to zwykle bywa, źle obranych autorytetów, młodzieńczej naiwności i beztroski... Los jednak okrutny rozdziela przyjaciół, każdego w inną kieruje stronę, by po latach przewrotnie znów skrzyżować ich ścieżki i powtórnie odmienić ich zycie. Sam wątek udziału w popularnym równiez w Polsce teleturniej "Milionerzy" według mnie - choć nie chcę się czepiać oczywiście ;) - trochę niedopracowany. Intrygujący był sposób w jaki główny bohater odszukiwał w najskrytszych zakamarkach swej pamięci odpowiedzi na pytania. Pomysł był świetny, choć poziom trudności pytań chyba niedokońca adekwatny do etapu gry. Można jednak tłumaczyć ten fakt, poziomem wiedzy ogólnej Hindusów, choć nie chcę sugerować, że są oni głupsi od przedstawicieli innych narodowości... trochę chyba zamotałam, czytelnicy niniejszego posta, mogą nie zrozumieć moich inencji, więc zapewniam, ze są czyste jak woda w Bałtyku... No cóz, odpowiedzi na pytania po prostu musiały być wplecione w określony kontekst, mianowicie w historię zycia głównego bohatera, a to trudna sztuka, mogłoby okazać się kłopotliwym zmuszenie go do odszukania w pamięci odpowiedzi na pytanie na ten przykład o skład chemiczny nadtlenku karbamidu, choć przy większym wysiłku moznaby usnuć ciekawą historię, o stryjecznym wujku drugiego meza babci, ktory w młodości nie dbając o stan swojego uzębienia dorobił się szpetnych przebarwień, na co nie mogła zgodzić się jego dentystka, jednocześnie przyszła zona, ktora poleciła mu najbardziej efektywny związek skutecznie usuwający przebarwienia zębów metodą nakładkowego wybielania, zdobywając tym samym jego serce, dozgonną wdzięczność, a przez to i darmową reklamę, którą stryjeczny wujek drugiego męza babci zywo i przy kazdej sposobnosci uskuteczniał wśród znajomych i członków rodziny, a umierając, na łozu śmierci zdradził i naszemu bohaterowi sekret olśniewającej i oślepiającej bieli swych już tylko dwóch ostatnich zębów. Roznie to bywa, sciezki losu są nieodgadnione i zawiłe . Film jednak, jako ze skierowany do ludzi prostych, do obywateli USA mianowicie, nie mógł opiewać w tak skomplikowane historie, Amerykanie mogliby czegoś nie zrozumieć i oscarów nie dać... wiadomo, prostota przekazu jest cnotą american stage manager. Ale i tak drobne te niedociągnięcia nie zawazają to na ogólnym odbiorze filmu :) Do tego jest tez wątek romantycznej miłóści, a wszystko kończy się pozytywnym akcentem, czego chcieć więcej ? :)

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Zacznijmy może od tego, że nie jest to produkcja bollywoodzka, tylko brytyjska.