niedziela, 21 grudnia 2008

Hieronim Bosch, "Ogród rozkoszy ziemskich"











Hieronymus (Jeroen) van Aken urodził się ok. 1450 roku w 's-Hertogenbosch w północnej Barbancji, zmarł w 1516 roku. Dziś znamy tego wybitnego artystę niderlandzkiego jako "Boscha". Ten pseudonim artystyczny uzyskał malarz dzięki skróceniu nazwy miasta swojego pochodzenia. Właśnie owym skrótem, sygnował większość swoich dzieł. W 1488 roku dołączył do konserwatywnej grupy religijnej zrzeszajcej około 40 najbardziej wpływowych mieszkańców 's-Hertogenbosch - do Bractwa Pani Naszej. Tworzył zarówno na zlecenie kościoła katolickiego, jak i sekty Wolnego Ducha – stąd symbolika jego obrazów często odbiega od wzorców ściśle chrześcijańskich, sięgając do znaków judaistycznych czy nawet magicznych. Wśród jego bogatego malarskiego dorobku, znalazły się takie dzieła jak: Wóz z sianem, Siedem grzechów głównych, Leczenie głupoty, Statek głupców i wiele innych. Wśród nich uznaniem cieszy się kilka tryptyków (Kuszenie Antoniego, Sąd ostateczny, Ukrzyzowanie św. Julii) najsłynniejszym z nich jest Ogród ziemskich rozkoszy.

Ogród ziemskich rozkoszy, to jedno z najbardziej znanych dzieł tego holenderskiego malarza. Obecnie znajduje się w Muzeum Prado w Madrycie. Jako tryptyk, Ogród rozkoszy dzieli się na trzy panele.

Lewy panel obrazu ukazuje ziemski raj, którego centralnym motywem jest Źródło Życia. Na pierwszym planie widzimy trzy postacie, przedstawiające Boga w osobie Jezusa, koło którego po jednej stronie znajduje się Adam, a po drugiej Ewa. Bóg trzymając Ewę za rękę poznaje ją z Adamem, koło którego wyrasta drzewo życia. Wokół nich widzimy mnóstwo realnych i fantastycznych zwierząt, nie obawiających się ludzi ani samych siebie, bytujących wraz z nimi. Człowiek jest tu ukazany jako część przyrody, jest to pierwotny stan rzeczy, przed upadkiem pierwszych ludzi. Po prawej stronie, nieopodal Źródła życia umieszcza jednak Bosch znak nieuchronnego upadku, czyli węża owijającego się wokół drzewa poznania dobra i zła.

Centralny panel ukazuje wizję upadku ludzkości, zwycięstwo grzechu. Wszędzie widać nagie postacie, które oddają się uciechom cielesnym, wszelkiego rodzaju igraszkom, zaspokajaniu żądz. Ludzie ci łamią podstawowe prawa boskie popełniając grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu, lenistwa, nieczystości. W centrum obrazu widzimy kapiące się w stawie nagie kobiety, wokół których na różnorodnych zwierzętach galopują mężczyźni. Biegające wśród ludzi cudaczne, fantastyczne zwierzęta, bawiące się wraz z nimi dają obraz sielanki, którą potęgują dodatkowo barwy utrzymane w jasnej tonacji .

Panel znajdujący się po prawej stronie to juz przedstawienie piekła, jest to nieunikniona konsekwencja grzeszności ludzkiej, ukazanej na centralnym panelu obrazu. Daje się juz zauwazyc powiązanie trzech części obrazu, po lewej pierwotny stan rzeczy, zogoda między Bogiem a ludźmi, ład, porządek, szczęście. W centrum dostrzegamy juz obraz ludzkości po upadku Adamai Ewy, czyli po sprzeniewierzeniu się woli Boga, po spożyciu owocu z drzewa pozniania dobra i zła. Centralny panel ukazuje grzech i rozpustę, pozorną, jałową szczęśliwość. Szczęśliwość ta jest chwilowa, jest wynikiem zaspokojenia cielesnych ządz, dlatego szczeście to jest na ziemi ale i na ziemi ma swój kres. Kończy się wraz ze śmiercią, po której następuje osądzenie czynów ludzkich, których konsekwencją jest piekło. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich części, w tej dominują barwy ciemne, ludzie wiją się wśród przeróżnych poczwar i bestii wyłaniających się z mroku i zadających im najwymyślniejsze tortury, są zjadani żywcem przez ogromne ptactwo, rozciągani wśrod strun harfy, przygniatani olbrzymimi sprzętami... i tak przez całą wieczność.

Po zamknięciu paneli ukazuje się obraz Ziemi. Jest ona przedstawiona jako płaski dysk unoszący się nad taflą wody. Ziemia jest jasna od Słońca, które przebija się przez czarne sztormowe chmury. Fauna i flora tak jak na stronie wewnętrznej jest bardzo dziwaczna i nierealna. W górnej prawej części Bosch umieścił mały wizerunek siedzącego na tronie Boga. Na obu panelach w górnej części umieszczony jest wyśrodkowany napis - cytat z Biblii: "On bowiem rzekł, i powstało; on nakazał, i zaczęło się." (Psalm 33:9) Przypuszcza się, że obraz przedstawia stworzenie świata lub ustępowanie wód po biblijnym potopie.

Od czasów powstania obrazu dominuje pogląd, że jego celem było potępienie wad ludzkich i słabości skazującycj ich na piekielne męczarnie. Mozemy dopatrzeć się nawet przedstawień 7 grzechów głównych, choć dominującym grzechem jest nieokiełznana pożądliwość i rozwiązłość, symbolizująca dbanie o interesy wyłącznie cielesne.

piątek, 12 grudnia 2008

Krok po kroku, krok po kroczku, najpiekniejsze w całym roczku idą święta, idą święta =)

Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Czy śnieg pada, czy nie pada -
To dla karpia zawsze biada,
Zero Gwiazdki, żadna feta -
Tylko śliska galareta.
Gdy mróz zetnie wody lodem,
My musimy trwać pod spodem,
A do tego sieci armia
Chwyta nas i was dokarmia.
Nie ma też nad sobą sądu
Rybak, co użyje prądu,
Czyż nie byłoby etyczniej
Tak bez prądu, akustycznie?
Proszę pań i proszę panów,
Nasze życie jest do chrzanu.
Lecz panowie oraz panie,
Nie musimy kończyć w chrzanie.
Pisał wszak już Pliniusz Starszy:
By nie robić z karpi farszy,
I że jeśli chcesz już drąga
Użyć - użyj go na pstrąga.
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Przykro żyć w obrębie granic,
W których rybę mają za nic.
No to, jak to mówią: chodu,
Trzeba spływać. Z samochodu
Nie skorzystam, hydroplanem
Nie pofrunę, zgodnie z planem,
Bo bezpieczniej tuż pod wodą,
Kontentując się przyrodą.
Bez walizki, butów, płaszcza
Zawsze łatwiej będzie, zwłaszcza,
Że nie trzeba żadnej wizy,
Aby wpłynąć do Tamizy.
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Big Ben znudził mnie po prostu,
Tak jak widok Tower Mostu,
Ale może przez migrenę
Zaostrzyłem tak ocenę.
No a dzisiaj, że tak powiem,
Jestem w siódmym stawie, bowiem
Zwykłą rybą hodowlaną
Będąc, płynę w dal Sekwaną.
Nim noc z blasku dzień obedrze,
Zdążę przyjrzeć się Katedrze
Notre Dame i jeszcze z wody
Łypnąć okiem na Plac Zgody.
Cóż za widok, aż nie wierzę,
Mieć przed sobą Eiffela Wieżę,
Pozazdrości ten i ów, że
Byłem także tuż przy Luwrze.
Jeśli miałbym jakieś skargi,
To jedynie na ryb targi,
Czemu na tym dziwnym świecie
Nie my was, lecz wy nas jecie?
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Będą jeszcze inne rzeki,
Aż odnajdę kraj daleki,
Kraj mityczny, gdzie przodkowie,
Żyli sobie tam jak człowiek -
Szanowani, w blasku szczęścia,
I w całości, a nie w częściach.
Z opowieści mego taty,
Wiem, że kraj ów, to... Karpaty.
A ze wspomnień mojej matki
Wiem z kolei, że... Karpatki
Są przysmakiem tam, nektarem
Słodszym niźli karpic harem."
Choć tu kończy się dziennika
Treść, to z wiedzy mej wynika,
Że na Karpat był nabrzeżu
Tato, nim legł na talerzu.
Lecz ten co mi Tatę spożył
Nie za dużo dłużej pożył,
Bo mu Tato stanął ością,
O czym donieść chcę z radością".
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Krok po kroku, krok po kroczku,
Najpiękniejsze w całym roczku
Idą święta, idą święta.
Słowa: Grzegorz Wasowki

czwartek, 11 grudnia 2008

czwartek, 27 listopada 2008

piątek, 21 listopada 2008

Erich Fromm – „Psychoanaliza a religia”

Zajmę się dziś omówieniem książki Ericha Fromma pt. „Psychoanaliza a religia”. Nie będzie to jednak żadna recenzja, swoich własnych przemyśleń na temat związku psychoanalizy i religii też nie mam zamiaru tu umieszczać. A to z uwagi na to, że książka ta mam nadzieję posłuży mi do napisania pracy seminaryjnej, której temat jest jeszcze bliżej... a nawet dalej nieokreślony... i wykrystalizuje się dopiero w miarę zgłębiania wiedzy z zakresu teorii Ericha Fromma, a może i Freuda, Frankla i Junga, któż to wie? Ja nie wiem, gdyż książki tych autorów jak na złość wybitnie mało dostępne, za to Fromma udało się wygrzebać już 5 pozycji. W pierwotnym zamyśle temat miał dotyczyć teorii Frankla, ale jak się nie ma… co jest, to wiadomo. No, ale to tylko tak dla wyjaśnienia dlaczego forma posta będzie taka a nie inna. Post może wydać się mało spójny, będzie masa czasem nawet zbyt obszernych cytatów (nigdy nie wiadomo, co się w pracy przyda) i jak już wspomniałam nic od siebie J

W książce „Psychoanaliza a religia” , której pierwsze wydanie ukazało się w 1950 r. a drugie, opatrzone drugim wstępem, poniekąd poprawione, lecz w zasadzie w niemalże niezmienionej formie (dokonano jedynie pewnych modyfikacji terminologicznych) w 1967 r. , Erich Fromm koncentruje się na kwestii religii. Jest ona poniekąd rozwinięciem wcześniejszej pracy Fromma pt. „Niech się stanie człowiek”, gdzie jednak kładzie autor nacisk wyłącznie na kwestie etyczne. (Pisma Fromma na temat religii zajmują obszerny, ponad 500 stronnicowy 6 tom jego dzieł zebranych „Religion”, Stuttgard 1980).
Fromm „(…) pragnął wpływać na rzeczywistość w kierunku realizacji wartości religii humanistycznych. Czytelników O sztuce miłości i Mieć czy być?, a więc książek o bardzo wyraźnym, moralizatorskim przesłaniu, uderza kaznodziejski (chciałoby się powiedzieć profetyczny) patos jego wypowiedzi”.[1]
„Psychoanaliza a religia” jest swoistym podsumowaniem wcześniejszych przemyśleń Fromma na temat fenomenu religijności i roli funkcji społecznej psychoanalizy. „Ważną cechą charakterystyczną filozofii religii Fromma jest świecka – czy też mówiąc jego językiem „nieteistyczna” – interpretacja wierzeń, mitów i obrządków religijnych. Interesują go przede wszystkim etyczne i psychologiczne treści fenomenu religijności (...) Szczególną uwagę przywiązywał on do tropienia rozdźwięków między świadomie akceptowaną religią humanistyczną a faktycznie odmiennymi wartościami, realizowanymi w codziennej praktyce życiowej. W tym sensie – pisał on wielokrotnie – Europa mimo dwóch tysięcy lat istnienia chrześcijaństwa uległa tylko zewnętrznej chrystianizacji i pozostaje właściwie wciąż „pogańska”, ponieważ ludzie oddają się „bałwochwalczym” kultom posiadania, niewybrednej rozrywki i władzy (...) Problematyka religii wypełnia też historiozoficzne analizy Ericha Fromma, które koncentrują się głównie wokół kwestii związanych z narodzinami człowieka, a więc procesem powstawania jego indywidualności, rozwojem intelektu i zdolności do kochania oraz możliwych regresów w tej sferze (...) Nade wszystko jednak problematyka religii obecna jest w antropologii filozoficznej Fromma, który uważał człowieka za istotę par excellence religijną. Homo Sapiens jest zarazem homo religiosus z tej fundamentalnej antropologicznie przyczyny, iż u człowieka nastąpiło ogromne ograniczenie instynktownego behawioru. Sytuacja ta czyni człowieka „wiecznym wędrowcem”, poszukiwaczem sensu życia (...) Tak rozumiana religia jest bardziej doświadczeniem, życiem niż po prostu intelektualną konstrukcją. Obejmuje ona całego człowieka, jego rozum, wolę, uczucia.”[2]
Można zatem powiedzieć, że powstanie zjawiska religijności, obecne we wszystkich cywilizacjach, a odmienne z oczywistych różnic kulturowych, jest wynikiem dążenia do zaspokojenia naturalnej, ludzkiej potrzeby posiadania jakiegoś układu odniesienia i czci. Potrzeba ta jest głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze, dlatego jak pisał Fromm, człowiek, to homo religiosus. Lecz ów homo religiosus, to człowiek targany niepewnością i sprzecznością:
„(...) dla człowieka religijnego, niezależnie od tego, czy jest „wierzący” czy nie, życie stanowi problem – sam fakt narodzin wywołuje pytanie, na które człowiek musi odpowiedzieć. Tym samym najważniejsze zadanie jego życia sprowadza się do znalezienia odpowiedzi na to pytanie, ale nie odpowiedzi czysto myślowej, lecz takiej, która objęłaby całość jego istoty, zaangażowała bez reszty sposób życia. Dla takiego człowieka życie nie jest czymś zwyczajnie „danym”, nie wymagającym uposażenia w żaden inny sens, który nie sprowadzałby się do jedzenia, picia, przetrwania, przyjemności oraz sprostania kolejnym wydarzeniom zgodnie z własnymi normami etycznymi. Całym sobą doświadcza on głębokich egzystencjalnych antynomii, które przenikają życie: jest wolny – a jednak zdeterminowany; jest indywidualnością – a wszak stanowi część większej całości; jest pełen wiedzy – a wciąż nękany dogłębną ignorancją. Oddzielenie napełnia go cierpieniem. Jego aktywność nakierowana jest na znalezienie optymalnego rozwiązania dla tych sprzeczności, choć równocześnie zdaje sobie sprawę, że takowe nie istnieją – wszak nie ma dla niego celu w życiu, który ważniejszy byłby ponad te usiłowania. W rzeczy samej, tutaj właśnie spoczywa różnica między człowiekiem hedonistycznym i etycznym z jednej strony, a człowiekiem „religijnym” z drugiej”.[3]
Rozdział I: Problem
Na początku swego wywodu Fromm zwraca uwagę na bezradność i zagubienie człowieka, który poruszając się w rozwiniętym technicznie świecie, rozwiniętym przez samego siebie, gdzie techniczne nowinki przeplatają się z naukowymi odkryciami z zakresu genetyki itp., nie może znaleźć swojego miejsca. Człowiek patrząc na stworzony przez siebie świat, nie czuje się szczęśliwy, mimo, że już w ogromnym stopniu ułatwił sobie bytowanie na Ziemi. W tym nieustającym pędzie ku rozwojowi cywilizacji, ku osiągnięciom techniki, nie ma wyraźnej granicy kresu możliwości człowieka. Granica ta coraz bardziej się zaciera, jest już tak niewyraźna, iż wydaje się, że dla rodzaju ludzkiego nie ma już rzeczy niemożliwych, że kolejne odkrycia, eksploatacja wszechświata jest już tylko kwestią czasu. To, co kiedyś wydawało się nieosiągalne, dziś jest na wyciągnięcie ręki, jeszcze nigdy człowiek nie rozwijał się tak dynamicznie. A jednak czegoś w tym życiu brakuje. „Żyjemy życiem, w którym trudno szukać braterstwa, szczęścia, zadowolenia, a które pełne jest duchowego chaosu i zdziczenia niebezpiecznie ocierającego się o krawędź szaleństwa (...) szaleństwa pokrewnego schizofrenii, w której zerwaniu ulega kontakt z zewnętrzną rzeczywistością, a myśl odseparowana jest definitywnie od uczucia.”[4]
Dziś jak na tacy podawane nam są przeróżne rozwiązania, od dzieciństwa wpaja się nam, że człowiek z dnia na dzień pnie się na wyżyny zaawansowania, brakuje jednak odpowiedzi na jednak fundamentalne pytanie odnośnie sensu życia. Brak jest podpowiedzi jak żyć by żyć dobrze, dokąd zmierzać i do czego dążyć, jak być szczęśliwym. „Człowiek, upojony dopiero co zdobytym powodzeniem materialnym i sukcesami w procesie opanowywania natury, przestał w sobie samym widzieć podstawową kwestię życia i teoretycznych dociekań. Rozum jako narzędzie odkrywania prawdy i przenikania pod powierzchnię zjawisk do ich istoty został zastąpiony przez intelekt rozumiany jako zwykły instrument służący manipulacji rzeczami i ludźmi. Człowiek przestał wierzyć, że mocą rozumu da się wskazać ważność norm i idei kierujących ludzkim postępowaniem.”[5]
Badaniem duszy zajęła się psychoanaliza. Fromm podkreśla doniosłość roli Freuda, propagatora psychoanalizy, który pokazał na czym polega siła i słabość rozumu ludzkiego, zależnego od zniekształcającego wpływu namiętności.
W rozdziale tym Fromm stawia więc pytanie o relację psychoanalizy do religii.
Rozdział II: Freud i Jung
W rozdziale tym Fromm podejmuje się porównania teorii Freuda i Junga. Porównanie obu koncepcji ma na celu skorygowanie rozpowszechnionego poglądu, zgodnie z którym Freud jest „przeciw”, Jung natomiast „za” religią.
„Dla Freuda źródłem religii jest ludzka bezradność w konfrontacji podwójnej – z jednej strony z siłami natury, zewnętrznymi względem człowieka, z drugiej z siłami działającymi w nim samym. Religia pojawia się we wczesnym stadium ludzkiej ewolucji, kiedy człowiek niezdolny jest jeszcze używać rozumu dla uporania się z tymi – działającymi z zewnątrz i od wewnątrz – siłami, a tym samym zmuszony jest do tłumienia ich bądź opanowywania za pomocą innych sił afektywnych. (...) Stając wobec groźnych, nie poddających się kontroli i zrozumieniu sił (...) człowiek przypomina sobie i , by tak rzecz, cofa się do doświadczeń własnego dzieciństwa, określanych przez poczucie bezpieczeństwa gwarantowane obecnością ojca wyposażonego w cechy nadrzędnej mądrości i siły, którego miłość i ochronę można było zdobyć sobie posłuszeństwem wobec jego nakazów i unikaniem przekraczania zakazów. Tak więc, wedle Freuda, religia jest powtórzeniem doświadczeń dzieciństwa. (...) Freud porównuje religię z nerwicą natręctw, jaką spotykamy u dzieci. Zgodnie z tym, co twierdzi, religia jest nerwicą zbiorową, wywołaną przez warunki podobne do tych, które tworzą nerwicę dziecięcą.”[6]
Pierwszym więc zarzutem odnośnie religii jest więc próba dowodu, iż jest ona jedynie „złudzeniem”. Nie ogranicza się on jednak wyłącznie do tak sformułowanej obiekcji. „Powiada, że religia stanowi zagrożenie ze względu na tendencje do uświęcania złych instytucji ludzkich, z którymi sprzymierzyła się w swoich dziejach, a dalej przez to, że uczy ludzi wiary w złudzenia, przez zakaz krytycznego myślenia zaś odpowiedzialna jest za wyjałowienie ludzkiej inteligencji. (...) Trzecia zaś obiekcja, jaką Freud wysuwa wobec religii, to ta, że opiera moralność na bardzo niepewnym gruncie. Jeżeli prawdziwość norm moralnych miałaby się opierać na tym, że są boskimi przykazaniami, to przyszłość etyki – jej istnienie lub zanik - zależałaby od stosownego rozstrzygnięcia kwestii wiary w Boga.”[7]

[1] Fromm Erich, Psychoanaliza a religia, Rebis, Poznań 2000; ze wstępu Mirosława Chałubińskiego, s. 7
[2] Tamże, s. 7-9
[3] Fromm Erich, Psychoanaliza religia, Rebis, Poznań 2000, s.30
[4] Tamże, s.34
[5] Tamże, s. 37-38
[6] Tamże, s.44-45
[7] Tamże s. 47

czwartek, 13 listopada 2008

całkiem nowa tygrysica ;p

Z dedykacją dla czecho-języcznej odwiedzającej :)

piątek, 7 listopada 2008

poniedziałek, 3 listopada 2008

sobota, 1 listopada 2008

piątek, 31 października 2008

poniedziałek, 1 września 2008

Głupie, chińskie bajdurzenie


Obejrzałam kilka dni temu pewien film, o wdzięcznym tytule "Łuk"- po chińsku, więc krótko i zwięźle, lecz nie dokońca na temat. Zaczęłam oglądać przy kolacji, trochę przy okazji, trochę z nudów, a wcale bez zamiaru dobrnięcia do końca historii... A jednak dobrnęłam, i to niemalże do końca, zanim jednak wyjaśnię, co oznaczać ma owo "niemalże" przybliżę może troszkę fabułę filmu, co by fakt odejścia od telewizora na dwie minuty przed końcem filmu nie wzbudzał niczyjego zdziwienia.
Otóż cała "akcja" filmu odgrywała się na odrapanej z farby łajbie, co łądzią była zwana, a była to łódź średnich rozmiarów, znajdowała się w posiadaniu pewnego starca, którego dalej zwać będę "dziadem", a dziadem bo staruch był zboczony, więc sympatii mojej od początku do końca nie wzbudzał najmniejszej. Porwał on... albo i nie porwał, w filmie kwiestii nikt nie zamierzał wyjaśnić, wszedł jednak w posiadanie pewnej dziewczynki kiedy miała ona 7 lat, i przez 10 lat wychowywał ją na swojej łajbie. Łajba ta zakotwiczona była sobie na środku morza, lądu nawet z oddali ujrzeć się nie dało, a służyła dziadowi jako przytulne domostwo i środek zarobku zarazem, a to z uwagi na to, że pozwał on dzielnym wędkarzom łowić sobie ryby na jej pokładzie, za niewielką opłatą. Sam zresztą każdego ranka udawał się do portu drugą, mniejszą łajbą zostawiając dziewcznynkę na łodzi. Zabierał z portu rybaków (wielu z nich było równie zboczonych co dziad), robił przy okazji zakupy i wracał na zakotwiczoną dośmiertnie łódź. Dziewczynka mająca już niespełna 17 lat, biegała sobie po łajbie radośnie, odprowadzała wesołym spojrzeniem dziada ilekroć opuszczał łódź udając się po wędkarzy.
Huśtała się na zwieszonej wzdłuż burty prowizorycznej huśtawce, która służyła również do wróżb. Tajemnicze to wróżenie odbywało się gdy któryś z wedkarzy sobie tego zażyczył. Wówczas to dziad stawał na drugiej, mniejszej łodzi i celował z łuku w obraz bogini, namalowany na burcie, za huśtającą się jak gdyby nigdy nic dziewczyną... trzy strzały, ot i cała wróżba. Potem dziewczyna złaziła z huśtawki i szeptała do ucha dziada co tam z tego całego strzelania wywnioskowała, a dziad przekazywał to na ucho wędkarzowi. Nie wspomnę już, że dziewczę przez cały czas biegało rozanielone i uśmiechnięte od ucha do ucha.
Nie na ukrytej radości z igrania ze śmiercią chinki polegało jednak zboczenie dziada. Otóż ubzdurał sobie, że ożeni sie z nią jak tylko skończy 17 lat ( czyli lada dzień) (w drugim nawiasie dodam, że dziad na oko stówa). Wychowywał sobie więc przyszłą małżonkę, sam ją kąpał w niewielkiej balii (ona oczywiście rozanielona, fu...), wieczorami, gdy zasypiał musiał trzymać ją za rękę (ona rozanielona), rano przygotowywał jej posiłek, więc wstawała (rozanielona), biegła rozanielona do rozanielonej burty odprowadzić rozanielonym wzrokiem dziada, po czym rozanielona zjadała śniadanie tak opasłe, ze wazyć powinna ze 200 kg. Chuda jednak była, więc i chore żądze w dziadzie rozbudzała.
Zanim dojdę do przewrotu jaki dokonał się w życiu dodam, że przy tych wszystkim czynnościach życia codziennego, dziewcze ni słówka z siebie nie dobyło, dziad zresztą też... żyli sobie słowem się do siebie nie odzywając... jak gdyby tego było mało, przez cały czas trwania filmu pozwolono się odzywać jedynie wędkarzom, którzy to nic szczególnie ciekawego nie mieli do powiedzenia. Na szczęście w końcu coś się zaczęło dziać, nie żeby zaraz jakaś akcja specjalnie wartka, jednak monotonia filmu została zakłócona, a to za sprawą młodego, pięknego chińczyka wędkarza (bezimiennego jak i wszyscy co się w filmie pojawili), który pewnego dnia pojawił się na łodzi. Chinka gdy tylko go ujrzała zadygotała i od tamtej pory oderwać od niego oczu nie mogła, juz tylko on zajmował jej myśli... dziad zazdrosny, bo i widział co się dzieje, a chinka krok w krok za chińczykiem (tym pięknym i młodym). Dziad się wściekł, młodzieńca wypędził, ten jednak, zanim odpłynął w siną dal, oznajmił, iz odnajdzie rodziców dziewczyny i wróci po nią. Zanim jednak wrócił, związek dziewczyny i dziada zaczął się psuć, chinka sfoszona a dziad wściekły, zaczął skreślać po kryjomu po kilka dni w kalendarzu, w którym odznaczał upływ czasu do dnia zaślubin. Chinka jednym okiem spod kołdry na jego szkaradne występki łypała, więc foch coraz większej nabierał mocy, juz nie biegała jak dotąt rozanielona, a zła i nieszczęśliwa, czekała na pięknego młodzieńca.

Pojawił się w końcu i oznajmił dziadowi, iz rodzice dziewczyny od 10 lat szukają, a on jej na tej łajbie życie marnuje, no to i dziewczyna postanowiła wyruszyć z chłopcem w podróż do domu, już, już na mniejszą łódkę wsiedli, młodzieniec odpalił silnik, łódź ruszyła, napotkała jednak na opór... okazało się, że dziad zboczeniec uknuł chytry plan powstrzymania dziewczyny od odejścia, przewiązał sobie na szyi linę od cumy, i gdy tylko łódź ruszyła z wolna, pętla zaczęła zaciskać się na starej, zwiotczałej szyi, przyduszając starucha. Pętla zaciskała się coraz bardziej i bardziej, dziad tchu nie mógł złapać, troszkę mu się zabawa sprzykrzyła, za bardzo był w sobie zakochany by umierać, a dziewczę nic, chwycil więc uprzednio przygotowany nóż i począł ostatkiem sił pętlę przecinać... Chinka zorientowała się w czym rzecz, nie powiedziała nic jednak (jakby inaczej) odepchnęła za to stanowczo pięknego, choć zdziwionego chińczyka od steru i cofnąwszy łódź, jednym susem skoczyła na łajbę i pobiegła do dziada, płacząc i tuląc go. Dziad, jako ze spryciarz był z niego, nie tylko zboczeniec, ukrył nóz, którym przeciąć chciał pętlę pod dywan i juz cieszyć się mógł z odejścia dziewczyny od myśli zostawienia go. Ona to ,myśląc, ze zabiłby się faktycznie na śmierć gdyby go opuściła, postanowiła go poślubić... cholera, nie tego się spodziewałam... Oboje niezwłocznie wdziali ślubne, chińskie kimonka, a młodzieniec stał i gapił się tępo na całą ceremonię... Dziad szczęśliwy, ona... tak jakby, a młodzieniec otępiały.

I juz wyjaśniam dlaczego na dwie minuty przed końcem filmu odeszłam zdegustowana od telewizora, otóz wolę myśleć, ze dziad umarł w trakcie ceremonii, piękny chinczyk zamknął paszczę, wyrwał się z osłupienia i zabrał dziewczynę na łódź, na której to odpływajac w stronę portu i zapomnianego życia, wyrzekła piewrsze od 10 lat słowa, wszystko jedno jakie, ale wreszcie.... Dziwny był ten chiński film, że pozwolę sobie skonkludować, propagowanie pedofilii i dewiacji. Pokazał widzom, że zło nie zawsze przegrywa, a sprytem i oszustwem można wiele osiagnąć (zwłaszcza młode, naiwne i cokolwiek głupie dziewczę), ze zwiazek starucha zdziadziałego z jeszcze przecież dzieckiem to nic sprośnego (może to i miało być piękne, ja nie wiem)...

środa, 27 sierpnia 2008

środa, 16 lipca 2008

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Zagadnienie analogii proporcjonalności według Mieczysława Krąpca

W niniejszej pracy zajmę się pojęciem analogii proporcjonalności, zanim jednak przejdę do jej omówienia, opiszę pokrótce ogólne zagadnienie analogii i jej znaczenie w rozważaniach metafizycznych.

I. Wprowadzenie- ogólne pojęcie analogii

Analogia jest jednym z rozumowych sposobów orzekania o rzeczach. Św. Tomasz z Akwinu wyróżnia trzy takie sposoby orzekania, są to:
a.) jednoznaczność – zachodząca wtedy, gdy występuje wspólna nazwa wyrażająca identyczną treść we wszystkich desygnatach owej nazwy;
b.) różnoznaczność – zachodząca gdy mamy do czynienia ze wspólną nazwą przy różnej treści;
c.) analogia – gdzie brane pod uwagę nazwy posiadają te sama treść, w różnych jednak proporcjach.

Mieczysław Krąpiec w swej książce „Teoria analogii bytu” przytacza taką definicję analogii sformułowaną przez J. Ramireza: jest to „forma oznaczona mianem, której treść realizuje się w podrzędnikach zasadniczo różnie i równocześnie, pod pewnym względem, tak samo”[1], co oznacza, że różnica cech bytów ma swoje źródło w ich różnicy substancjalnej. Byt bowiem posiadający określoną formę i należący dzięki niej do jakiegoś gatunku, nie może być pozbawiony którejś ze swych cech, które nadają mu przyporządkowanie do tego określonego gatunku, bez równoczesnej zmiany gatunku. Cechy te mogą jednak realizować się w bytach w różnym stopniu, w różnych stosunkach, czyli proporcjonalnie, przy czym stanowić ciągle te cechy bytu, które sprawiają, że byt jest przyporządkowany do tego a nie do innego już gatunku.
Zasadniczo różne ustopniowanie cech w bycie stanowi podstawę różnic jakościowych, a zatem jest fundamentem proporcji międzybytowych. O proporcji w ogóle możemy mówić dzięki zawieraniu się w pluralizmie bytowym pewnych elementów wspólnych.

II. Rodzaje analogii według św. Tomasza

Św. Tomasz biorąc pod uwagę wspomniany w poprzednim rozdziale pluralizm bytowy, dokonuje podziału analogii ze względu na realizację proporcji analogicznych w bytach na:
1. analogię czysto pojęciową ( analogia atrybucji);
2. analogię czysto bytową;
3. analogię pojęciowo- bytową (analogia proporcjonalności)
a.) analogię metaforyczną;
b.) analogię proporcji właściwych.

1. analogia atrybucji
Analogia czysto pojęciowa zachodzi wówczas, gdy jakaś nazwa orzeka o wielu desygnatach, a realizuje się tylko w jednym z nich, czego klasycznym przykładem podanym przez Krąpca jest pojęcie „zdrowie”.

2. analogia czysto bytowa
Analogia czysto bytowa zachodzi wtedy, gdy bierzemy pod uwagę desygnaty pojęcia jednoznacznego, jak na przykład wówczas, gdy mówimy o zbiorze desygnatów nazwy „ciało”. Mając na myśli bądź obiekt astronomiczny, bądź człowieka, bądź też jakiś inny obiekt materialny.

3. analogia pojęciowo- bytowa
Analogia ta, wyróżnia się tym, że nie orzeka ani o jednym pojęciu ani o jednym desygnacie, a o ich proporcjach. Jest najbardziej skomplikowaną a przez to i trudną do jednoznacznego zdefiniowania spośród wymienionych przez św. Tomasz analogii i zostanie szerzej omówiona w następnym rozdziale, jako główny temat pracy.


III. Analogia pojęciowo- bytowa czyli analogia proporcjonalności

Przejdźmy zatem do omówienia analogii proporcjonalności, jako szczególnego rodzaju analogii. M. Krąpiec wyróżnia dwa jej rodzaje: analogię metaforyczną i analogię proporcji właściwych.

1. analogia metaforyczna
O analogii metaforycznej mówimy wówczas, gdy jakaś nazwa niosąca ze sobą konkretną treść zostaje przeniesiona z jednego przedmiotu na inny, ze względu na istniejące podobieństwo między nimi. I tak, kiedy używamy dajmy na to określenia „ostry jak brzytwa”, na określenie przedmiotu, którego cechą wspólną z ową brzytwą jest „ostrość”, bądź też jeśli mówimy o osobie nieprzewidywalnej, mającej bardzo silne argumenty, której się mimowolnie przyporządkowujemy, stosujemy często metaforę. Wskazuje ona na intencje wypowiadającego, który ową cechę wspólną uważa za istotną i chce ją podkreślić, by zobrazować jak najpełniej to, co chce przekazać. Ostrość przysługuje brzytwie dzięki jej wewnętrznej treści, jest jej oznaką, innym rzeczom przysługuje dzięki relacji podobieństwa do brzytwy, w tym przypadku z uwagi na ich „ostrość” , która trzeba zwrócić uwagę, także w różnym stopniu realizuje się w tych przedmiotach, i jest to podobieństwo nie substancjalne, a jakościowe. Owa „ostrość” niesie ze sobą podobne skutki zarówno w przypadku brzytwy jak przedmiotu którego ostrość do tej brzytwy porównujemy, i w pierwszym i drugim przypadku nieostrożność może doprowadzić do przykrych konsekwencji. Możemy zatem powiedzieć, że ostrość do brzytwy ma się tak jak ostrość do tasaka kuchennego.

Analogię metaforyczną, jak pisze Krąpiec, św. Tomasz traktuje jako rodzaj analogii pojęciowo- bytowej z uwagi na fakt, że do zastosowania jej, potrzebny nam jest przedmiot, do którego myślowo, z uwagi na podobieństwo moglibyśmy odnieść inny przedmiot, ale i sama myśl, która aktualizuje zarówno istnienie jak i podobieństwo obu przedmiotów, ustala „stosunek między stosunkami”, czyli wskazuje na proporcję w jakiej realizuje się jakaś właściwość w danym przedmiocie w stosunku do realizacji tej samej właściwości w innym przedmiocie. Do tego rzecz porównywana w analogii metaforycznej jest przez nas odbierana jako istniejąca aktualnie, przedmiot zaś do którego poprzez metaforę zostaje on porównany występuje jako jakaś treść istniejąca wirtualnie, jedynie w naszym umyśle.

2. Analogia proporcji właściwych
Analogia proporcji właściwych, to analogia wewnątrz-bytowa, czyli istniejąca wewnątrz poszczególnych bytów. Jest najważniejszą ze wszystkich wyróżnionych analogii, ponieważ stanowi podstawę pluralizmu bytowego. Dzieli się dodatkowo na ogólną analogię proporcjonalności, występującą w jakimś ograniczonym zakresie bytów, mającą miejsce gdy mówimy o analogii opartej na jakichkolwiek pojęciach nie będących pojęciami transcendentalnymi, czyli takimi, które przysługują bytowi jako takiemu, bez względu na jego kwalifikację do jakiejkolwiek kategorii.

Innym rodzajem analogii proporcji właściwych jest analogia transcendentalna, obejmująca cały zakres bytowania, dostarczająca ważnych podstaw do poznania metafizycznego, o której mówimy gdy opiera się ona na pojęciu transcendentalnym, absolutnym bądź relatywnym. Do pojęć transcendentalnych absolutnych zaliczamy pojęcie bytu jako bytu; rzeczy ( jako przedmiotu ujętego dystrybutywnie, niezależnie od kategorii); jedności ( jedności złożenia istoty i istnienia przedmiotu); odrębności bytowej ( oznaczającej niesprowadzalność poszczególnych bytów do siebie nawzajem). Pojęcia transcendentalne relatywne to: pojęcie prawdy, dobra i piękna. Pojęcia te wyrażają „doskonałość czystą” i stanowią analogon- czyli to, do czego porównywane są analogaty- nośniki analogicznego podobieństwa, ze względu na stopień realizowania się w nich analogonu.

Analogia proporcji właściwych jest o tyle skomplikowana, że w większości przypadków, występuje trudność w dostrzeżeniu podobieństwa ze względu na które porównywane są analogaty. I tak na przykład stawiając tezę, że zmysły mają się tak do poznania zmysłowego jak rozum do poznania rozumowego, dostrzegamy zasadniczą różnicę między jednym a drugim członem analogii, gdzie jednym analogatem jest stosunek zmysłów do poznania zmysłowego, a drugim stosunek rozumu do poznania rozumowego, jednak po bliższym zbadaniu owej tezy, patrząc z innego punktu widzimy podobieństwo ujawniające się w fakcie, że zarówno jeden jak i drugi człon analogii w tym przypadku określa rodzaj poznania, będący zatem analogatem, czyli wspólną, proporcjonalną treścią dla obu tych typów poznania.

W analogii proporcji właściwych chodzi więc o uchwycenie szerszego aspektu dla porównywanych przedmiotów, tak by znaleźć ich podobieństwo, tę samą proporcjonalnie treść. Opierając się na własnościach transcendentalnych bytu jesteśmy w stanie znaleźć podobieństwo dla wszystkich otaczających nas przedmiotów, pozornie całkowicie od siebie różnych, takich jak na przykład człowiek i kamień, które jednak z racji tego, że są realnymi bytami posiadają w sobie właściwości wspólne wszystkim bytom, a zatem są pod jakimiś względami do siebie podobne, co już stanowi podstawę do ich porównywania. Wspólną analogiczną treść oznacza zawsze analogon, przez co staje się on fundamentem do formowania analogicznych pojęć, a realizując się w analogatach ukazuje jakiś swoisty typ swojej relacji do owych analogatów i odwrotnie, oraz jakieś specyficzne podobieństwo analogatów do siebie, mające swe oparcie w analogonie.

Okazuje się zatem, że w przypadku analogii proporcjonalności, należy zwrócić uwagę na dwa istotne problemy, otóż na kwestię natury stosunków lub proporcji, jakie mają miejsce pomiędzy analogatami, oraz na ich konieczność lub nie konieczność.
Biorąc pod uwagę typ analogii proporcjonalności, opartej na pojęciach uniwersalnych, zwracamy uwagę na różnicę między analogatami i miedzy ich stosunkami, zaraz na to ,że stosunek stosunków między nimi jest w jakiś sposób ten sam i może być jednoznacznie określony. Krąpiec podaje za przykład relację małżeństwa gdzie jedno z małżonków ma się do drugiego tak samo jak inna para małżonków do siebie, przykład relacji w której nie bierzemy pod uwagę konkretnych bytów, a samą tylko relację między nimi, ujmując ją jednoznacznie. Nie należy jednak w każdym przypadku odrywać relacji od analogatów między którymi zachodzi, bo jej natura jest zapodmiotowana w branych pod uwagę analogatach. Są jednak przypadki w których możliwe jest oderwanie zauważonej proporcji od analogatów, a jest to możliwe w przypadku „relacji kategorialnej”, będącej przypadłością substancji, a która według Jana od św. Tomasza jest „jakąś realną formą, której cała bytowość polega na przyporządkowaniu do czegoś”. Taka relacja w przeciwieństwie do transcendentalnej nie zakłada podmiotu absolutnego, w którym zawarta jest relacja. Chodzi w niej o całkowite odniesienie bytowe do czegoś drugiego, jak pisze Krąpiec relacja „której cała bytowość polega na przyporządkowaniu do czegoś”. By mówić o relacji kategorialnej potrzebujemy realnego przedmiotu, realnego przedmiotu odniesienia, oraz ontycznego uzasadnienia zaistnienia relacji miedzy tymi przedmiotami.

Podana wcześniej relacja małżeństwa jest przykładem relacji kategorialnej, ponieważ jest oparta na pewnego rodzaju przyporządkowaniu jednego bytu do drugiego na jakiejś określonej zasadzie, która jednak nie jest relacją trwałą, może być, ale także w wyniku rozwodu może zniknąć. Relacje kategorialne zależne są więc od różnych sposobów bytowania i warunków i są to relacje niekonieczne. Powstaje więc pytanie, na które ciężko jest udzielić jednoznacznej i pewnej odpowiedzi, a mianowicie, czy relacje kategorialne, które nie są konieczne mogą być podstawą do tworzenia proporcji? Wydaje się , że nie, jednak nie ulega wątpliwości, że odniesienie jednej pary małżonków do siebie jest w pewien sposób analogiczne do odnoszenia się do siebie innej pary małżonków. Ale też trafne wydaje się stwierdzenie Krąpca piszącego: „sama jednak analogiczna konstrukcja nie świadczy jeszcze o analogicznej treści ujmowanej tylko poprzez analogiczne pojęcia”. A zatem taka nietrwała, niekonieczna relacja nie może stać się środkiem poznania wewnętrznej treści analogatów, a co za tym idzie, nie jest środkiem do prawdziwego metafizycznego poznania., nie jest bowiem nawet oparta na realnych powiązaniach międzybytowch a jedynie na naszych ujęciach poznawczych. Jest jedynie tworem myślowym.

Inaczej jest z analogią oparta na relacjach transcendentalnych, będącej typem relacji realnej a nie tylko myślnej, która z uwagi na swą naturę, wnikając w wewnętrzną treść bytu pretenduje do bycia środkiem prawdziwego metafizycznego poznania. Rozpatruje bowiem byty niezależnie od ich przyporządkowania kategorialnego, lecz ze względu na realne bytowanie. I w tym przypadku, w przeciwieństwie do relacji kategorialnej, relacja transcendentalna nie dopuszcza oddzielania samej relacji od swoich analogatów, bowiem jej istnienie jest zależne od ich treści, nie jest w stosunku do tych bytów przygodna, a ściśle z nim związana, zatem i konieczna. Relacja tak wymaga istnienia jakiegoś bytu drugiego, bytu o wymiarze absolutnym i można śmiało powiedzieć, że nie można zrozumieć natury bytu przyporządkowanego bez zrozumienia natury przedmiotu, któremu jest on przyporządkowany. I takie przyporządkowanie jest widoczne w każdym przedmiocie, gdzie jesteśmy w stanie dostrzec analogię między bytami przygodnymi. Występują one z konieczności na podstawie przyczyn: sprawczej, celowej, materialnej i formalnej. Analogia transcendentalna jest przez to środkiem do poznania rzeczy jako takich, pod aspektem bytowym, która ukazuje, lecz nie w sposób bezpośredni, że konkretna rzecz jest w jakiś sposób związana z istnieniem. Ukazuje w sposób pośredni, bo przez odniesienie do analogatu głównego, będącego Bytem Pierwszym- czystym istnieniem, w którym istota i istnienie są z konieczności tym samym.


Bibliografia:
M. A. Krąpiec, Teoria analogii bytu, Lublin 1959

[1] Por. M. Krąpiec, Teoria analogii bytu, s. 15

środa, 21 maja 2008

Warunki wychowawcze bliźniąt w rodzinie wg. Staniaława Kawuli

Problem wychowania bliźniąt poruszony przez Stanisława Kawulę staje się tym bardziej interesujący, gdy uświadomimy sobie jak niezwykle niska jest częstotliwość występowania zjawiska ciąży bliźniaczej. Jak wskazują badania bliźnięta stanowią zaledwie 0,5% - 1,3% populacji ludzkich. Badania ekspertów dotyczące warunków w jakich wystąpienie ciąży bliźniaczej jest najbardziej prawdopodobne, przyniosły zaskakujące dane. Otóż okazało się, że bliźnięta częściej są rezultatem porodów matek starszych, takich, które już kiedyś rodziły, za to największą możliwością zajścia w taką ciążę wykazują się Afrykanki, gdzie bliźniaki przychodzą na świat raz na zaledwie 25 porodów. Biorąc pod uwagę, iż współczynnik narodzin w Afryce utrzymuje się już od dawna na niezmiennie wysokim poziomie, możemy sobie wyobrazić, jak wysokie jest to prawdopodobieństwo. Na dużo mniejszą szansę zajścia w ciążę bliźniaczą mają Europejki, gdzie ciąża taka występuje raz na 85 porodów, natomiast najmniejsze prawdopodobieństwo tego zjawiska odnotowuje się w Japonii, gdzie bliźniętami może poszczycić się raptem jedna na 250 matek.
Wśród bliźniaków wyróżniamy bliźnięta jedno i dwu-jajowe. W przypadku bliźniąt jedno-jajowych podobieństwo jest niemal stu procentowe, dzieci mają tę samą płeć, ten sam kolor włosów i oczu, te same rysy twarzy. Natomiast w drugim przypadku, występuje mniejsze lub większe podobieństwo, jest ono jednak o wiele mniejsze od podobieństwa bliźniąt jedno-jajowych. W obu jednak przypadkach poród bliźniąt następuje na ogół przedwcześnie. Jako wcześniaki, noworodki mają niedowagę i jedno z nich jest silniejsze od drugiego, co ma wpływ na jego szybszy rozwój.
Co do warunków wychowania bliźniąt, warto według autora zwrócić uwagę na początkowo mieszane uczucia rodziców wywołane pojawieniem się w rodzinie aż dwójki dzieci. Jest to bowiem nie tylko ogromne obciążenie finansowe, ale również i psychiczne z uwagi na fakt, iż dwójka dzieci jest bardziej wymagająca pod względem czasu i wysiłku, który należy włożyć w pielęgnację.
Jednak badania nad bliźniętami przeprowadzone w byłym Związku Radzieckim, w republice Federalnej Niemiec, w Stanach Zjednoczonych, w Anglii i w Austrii wykazały, ze nie występują znaczące rozbieżności w rezultatach wychowania bliźniąt. Na ogół bliźnięta jednojajowe mają podobny poziom inteligencji, co może wynikać z niezwykle silnej więzi między nimi we wczesnych latach rozwoju. Do tego bliźnięta rozwijają się szybciej niż ich rówieśnicy (co potwierdziły badania Newmana, Freedmana i Holzingera) i to zarówno pod względem fizycznym jak i psychicznym.
Autor podkreśla jak ważne jest zaakceptowanie i uwypuklanie cech indywidualnych u każdego z bliźniaków, podkreślanie ich odmienności. Podstawowym błędem rodziców bliźniąt jest usilne budowanie dzieciom wspólnej tożsamości, poprzez ubieranie ich w ten sam sposób i uwyraźnianie ich cech wspólnych. Jednak, każde z nich powinno mieć możliwość rozwijania swych zainteresowań i zdolności niezależnie od rodzeństwa, które przecież nie musi rozwijać się w tym samym kierunku. W związku z ogromnym przywiązaniem się bliźniąt do siebie, należy stwarzać im możliwie jak najbardziej odmienne warunki rozwoju, tak by w przyszłości zapobiec wrażeniu osamotnienia, kiedy nadejdzie czas na rozłąkę związaną z założeniem własnych rodzin, czy podjęciu pracy w różnych miejscowościach. Należy przyzwyczajać je do towarzystwa rówieśników, nie ograniczać tylko do ich własnego. Jest to pomocne w budowaniu więzi społecznych z innymi ludźmi, co może zostać zaburzone, kiedy rodzeństwo obraca się w swoim towarzystwie, towarzystwie sprawdzonym i przewidywalnym.
W przeprowadzonych badaniach szczególny nacisk położona na ustalenie stopnia różnicy zachowaniach społecznych, o ile takie występują, oraz stwierdzenie od czego te różnice mogą być zależne. Badania empiryczne przeprowadzone nad 142 parami bliźniąt w wieku 12-15 lat oraz nad 30 parami dorosłych wykazały związek miedzy wychowawczymi warunkami rozwoju bliźniąt a ich zachowaniem społecznym, oraz motywacją do nauki. Badania dowiodły występowania dużej bliskości uczuciowej matek z obojgiem bliźniąt, choć wśród rodzeństwa występuje przekonanie , że jedno z nich jest w większym stopniu akceptowane przez matkę i w stosunku do jednego zachowuje się bardziej rygorystycznie.
Poziom opieki według naukowców nie różni się znacznie od poziomu opieki w rodzinach w których brak jest bliźniaków. Rodzice wykazują się bardzo niską świadomością zakresie opieki nad bliźniętami, ale traktują je jednakowo. Wykazano, że lepsze osiągnięcia w dziedzinie nauki mają bliźnięta jednojajowe, choć i bliźnięta dwu-jajowe rozwijają się szybciej pod względem intelektualnym niż ich rówieśnicy. Poziom inteligencji jest ponadto w dużej mierze zależny od poziomu wykształcenia matki. We wczesnym wieku (punkt kulminacyjny przypada na wiek 7 lat) zarysowują się silne więzi emocjonalne miedzy bliźniakami, które słabną z wiekiem. Drogi bliźniąt rozchodzą się na ogół w wieku około 26 lat. Silniejszą więź emocjonalną wykazują bliźnięta jednojajowe, słabszą dwu-jajowe, gdzie najsilniejsze są więzi miedzy rodzeństwem tej samej płci, najpierw męskiej potem żeńskiej, dalej między rodzeństwem mieszanym. Siła więzi zależna jest od formy opieki, gdy bliźniętami zajmuje się matka wynosi ona około 90,5%; jeśli uczęszczają do przedszkola około 88,0%.

piątek, 16 maja 2008

Teoria rozwoju etapów miłości według B. Wojciszke



Zagadnienie miłości od niepamiętnych czasów frapuje ludzkość, a frapuje tym bardziej, im bardziej uświadamiamy sobie jej złożoność i skomplikowany charakter, a co za tym idzie jej niezrozumiałość. W związku z tym, że obecna jest w życiu każdego z nas, jej temat podejmowany jest tak często jak i chętnie przez pisarzy, poetów, artystów, psychologów, a nawet naukowców. Nie potrzeba żadnych kompetencji do rozważań nad zjawiskiem miłości, po krótkim zastanowieniu sami odkrywamy, że miłość ma wiele rodzajów, może być miłością do rodziców, do dziecka, do przyjaciela itp. Każda inna, każda inny wpływ wywiera na nasze życie, w zależności od tego jaki przybiera kształt i według jakiego schematu (jeśli w ogóle można mówić o jakimkolwiek schemacie w ujęciu miłości) się rozwija. W pracy tej jednak poruszony będzie temat konkretnego rodzaju miłości, mianowicie, miłości partnerskiej, bowiem taka właśnie miłość jest istotnym fundamentem związku, który w zależności od jej rozwoju zostaje zerwany bądź scementowany na ślubnym kobiercu. Zarówno w pierwszym jak i w drugim przypadku sprawa jest zawiła, to bowiem jak potoczą się losy dwojga partnerów jest naturalną konsekwencją ewolucji uczucia miłości jakim obdarzają się nawzajem.

Trudny temat miłości w związku partnerskim poruszył Bogdan Wojciszke, profesor psychologii, w książce pt. „Psychologia miłości”. Przemianę tego uczucia oparł na rozwoju trzech składników miłości, których rozróżnienie zaczerpnął od Roberta J. Sternberga. Według niego na miłość składa się intymność, namiętność oraz zaangażowanie. Dynamika owych części składowych jest dla każdego związku kwestią indywidualną, można jednak badając naturę miłości określić prawdopodobny schemat wzrostu i spadku poziomu intymności, namiętności i zaangażowania w kolejnych etapach trwania związku. I tak w zależności od aktualnego stopnia nasycenia związku wymienionymi elementami, wyróżnia Wojciszke dalej etapy rozwoju związku miłosnego, a są to kolejno: zakochanie, związek kompletny, związek przyjacielski, związek pusty.
Dlaczego te trzy składniki są tak bardzo ważne w utrzymaniu związku? Dlaczego od poziomu ich nasilenia zależy kształt relacji partnerskich i rozwój związku miłosnego? Poszukując odpowiedzi na te pytania przedstawmy pokrótce charakterystykę i naturę każdego z nich, następnie odnieśmy je do etapów rozwoju związku miłosnego wymienionych przez Wojciszke.

Pierwszym składnikiem niech będzie intymność. Jej poziom wyznacza stopień przywiązania i bliskości partnerów. „Badania Sternberga wykazują, że na tak pojmowaną intymność składają się: pragnienie dbania o dobro partnera, wzajemne zrozumienie, dawanie i otrzymywanie uczuciowego wsparcia, uważanie partnera za ważny element własnego życia”.[1] W rozwoju intymności istotną rolę odgrywają przede wszystkim pozytywne uczucia towarzyszące związkowi, jej poziom wzrasta powoli z czasem i możemy śmiało powiedzieć, że wynika w dużej mierze z umiejętności komunikowania się, a co za tym idzie wzajemnego zrozumienia. Im dłużej kogoś znamy, tym bliższe stają się dla nas jego problemy, i tym bardziej jesteśmy skłonni do zrozumienia i pomocy, a także do wyjawiania swoich intymnych sekretów i rozmów na trudne tematy. Poziom intymności jak już napisałam wzrasta powoli, dodam, że jeszcze wolniej opada. Opada, co jest spowodowane faktem, że z czasem odczuwamy mniejszą radość z wyjawiania intymnych tajemnic a co za tym idzie mniejszą ku temu potrzebę, powoli jednak, gdyż to partner ciągle pozostaje tą osoba, której możemy się zwierzyć w najgłębszej potrzebie.

Kolejną wymienioną przez Wojciszke częścią składową miłości jest namiętność. Towarzyszące jej emocje i ich nasilenie wyznaczają poziom namiętności. Jest ona wywoływana przez takie uczucia jak pożądanie, radość, podniecenie, ale też przez zazdrość, tęsknotę itp. Wszystkie jednak z wymienionych, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, wywołują bardzo silną chęć fizycznej bliskości z partnerem. Wzrost i spadek poziomu namiętności jest niezwykle dynamiczny. Jest to czynnik samonapędzający się, im częstsze kontakty z partnerem tym jeszcze większa potrzeba zwiększenia ich częstotliwości, tym większe uczucie osamotnienia, tęsknoty i braku pod jego nieobecność. Jednak namiętność z czasem przycicha, kiedy to do związku wkrada się rutyna, brak porywów serca, stagnacja. Wiąże się to z nagłym spadkiem poziomu namiętności.

Trzeci, ostatni składnik miłości to zaangażowanie. Jego poziom jest związany z działaniami podjętymi w celu zachowania związku. Jeśli jesteśmy zaangażowani w związek z partnerem, będziemy poczyniali wszelkie starania by zachować jak najlepsze relacje z partnerem, a w razie kryzysu, szukali dialogu, który pomoże nam uporać się z problemem. Poziom zaangażowania jest konkludując równoznaczny z wysiłkiem i pracą jakie inwestujemy w nasz związek. Wzrasta z czasem i jest w znacznej mierze zależny od przyzwyczajenia do tego konkretnego partnera. Przyzwyczajenie jest tak silnym uczuciem, że można nawet nie potrafić wyobrazić sobie życia bez partnera, bez jego zwyczajów, które na pozór mogą wydawać się irytujące, można obawiać się braku akceptacji swoich wad przez innych potencjalnych partnerów, a które zostały już przyjęte przez obecnego partnera. Poziom zaangażowania może nigdy nie uzyskać punktu kulminacyjnego i stale, lecz wolniej już wzrastać, jego wzrost może jednak zostać dramatycznie zatrzymany, co jest równoznaczne z wycofaniem wszelkiego wkładu w związek w wyniku ujemnego bilansu zysków i strat.

Po omówieniu wszystkich trzech elementów miłości, przyszedł czas na przeanalizowanie wpływu ich poziomu na rozwój związku miłosnego. Dla przypomnienia, kolejnymi etapami związku są: zakochanie, romantyczne początki, związek kompletny, związek przyjacielski oraz związek pusty i jego konsekwencja, czyli rozpad.

Pierwszy etap- zakochanie, jest wynikiem jednoczesnego rozwoju wszystkich składników miłości, kiedy to odczuwamy nagły przypływ namiętności skierowanej ku konkretnej osobie, w niewytłumaczalny dla nas sposób obdarzamy ją uczuciem silnym i bezwarunkowym. Zakochanie jest mieszanką uczuć o dynamicznym charakterze, takich które wstępują w nas gdy znajdziemy się w pobliżu obiektu naszych westchnień, kiedy to ów obiekt lekkim skinieniem głowy, uśmiechem, zatrzymaniem spojrzenia o ułamek sekundy dłużej, w wypadku kobiet trzepotem rzęs, daje nam powód do sądzenia, iż obdarza nas jakimś zainteresowaniem, a my odczuwamy wówczas radość, podniecenie, łomotanie serca. Skoro tylko drogi tych dwojga spotkają się, oboje zapragną spędzać ze sobą czas, coraz częściej i coraz dłużej. Bardzo gwałtownie wzrastać będzie wówczas poziom namiętności, napędzającej cały mechanizm miłości. Więcej spotkań z partnerem, więcej chwil spędzonych w swoim towarzystwie, pragnienie maksymalnej bliskości, zaufania a co za tym idzie, intymności. I wciąż ich zbyt mało, chce się by to uczucie trwało i trwało, są to już romantyczne początki- kolejny etap rozwoju miłości , kiedy to kochankowie są razem i świata poza sobą nie widzą. Zagłębiają się w urokach wieczornych spacerów, kolacji przy świecach, kwiatów, kiedy to do szczęścia wystarczy im jedynie swoje towarzystwo. Wzrasta już coraz bardziej poziom intymności związanej z coraz większym uczuciem zaufania do ukochanego, partnerzy stają się wobec siebie coraz bardziej otwarci, a zatem i poziom zaangażowania w związek musi rosnąć, intymność bowiem, zwiększa zdolność i chęć do wkładania wysiłku w utrzymanie związku. Miłość narasta, ich związek staje się już czymś wyjątkowym, niepowtarzalnym, zaczynają swoje interesy uważać za wspólne i kierować się dobrem partnera...
Faza romantycznych „początków” jak sama nazwa wskazuje, musi jednak wreszcie przeminąć, a przemija nie bez powodów, których autor w książce ze względu na jej naturę nie umieścił, a ja wtrącę, by rangi miłości nie umniejszać, i by wskazać, że nie jest ona czymś ulotnym. Otóż badania psychologów i lekarzy, wykazały jak bardzo silne, euforyczne uczucia towarzyszące zakochaniu na dłuższą metę niekorzystnie wpływają na organizm ludzki. Gwałtowne zwiększanie się poziomu „hormonów szczęścia” – endorfin, a w szczególności serotoniny, owszem jest czynnikiem motywującym do działania, nie tylko w sferze miłosnej, ale i zawodowej, a także we wszystkich przejawach życia społecznego, jednak zbyt długi niczym niezmącony błogostan, doprowadza do zmęczenia i przeciążenia organizmu, bowiem rozregulowuje nasz naturalny dobowy cykl. By zatem organizm nie uległ wyczerpaniu, musiał wytworzyć mechanizm obronny... I tak etap zauroczenia partnerem mija, by utrzymać związek niezbędny jest wówczas odpowiedni poziom zaangażowania ze strony obojga, by przekształcić związek w stałą relację, na ogół w fazie tej następuje zawarcie małżeństwa. Po jakimś czasie intensywność namiętności zaczyna szybko spadać, intymność osiąga swój punkt kulminacyjny, jednak jeśli zaangażowanie okaże się wystarczająco silne, wówczas związek przetrwa i przekształci się w związek przyjacielski. Przyjaźń jest niezbędna w prawidłowych relacjach między partnerami i jej zaistnienie zależy do tego tylko i wyłącznie od nich, jeśli tylko wykażą się chęcią utrzymania zaufania i wzajemnego przywiązania, związek jest w stanie przetrwać największy kryzys. Muszą jednak oboje tego chcieć, liczy się tu przede wszystkim poziom zaangażowania. Jeśli nie uda się zbudować trwałej i silnej więzi między kochankami, wówczas miłość zanika, spada poziom intymności, namiętność już nie istnieje, jeśli do tego partnerzy przestaną „inwestować”, czyli przestaną się angażować w związek, siłą rzeczy ulegnie on rozpadowi. Nie jest to jednak nieunikniony scenariusz, miłość może kwitnąć do końca życia, na chwilę tylko czasem przechodząc w stan niewinnego uśpienia, by potem, przy okazji kryzysu dać motywację do walki o partnera, by tak jednak było, należy wkładać wysiłek w rozwój wymienionych trzech elementów miłości.

[1] Por. B. Wojciszke, Psychologia miłości, Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Gdańsk 2006, cyt. str.8

niedziela, 11 maja 2008

niedziela, 30 marca 2008

wtorek, 25 marca 2008

Coś jakby refleksja na temat tekstu pani prof. Matulki

Będzie to kolejny tekst, który jako, że jest czymkolwiek co napisałam, wrzucam, dla stworzenia pozorów mniejszej lub większej systematyczności. Jest to niby-refleksja, ale własnych przemyśleń to tu niewiele.
Zofia Matulka w swym tekście „Wychowanie do wolności jako podstawowy problem pedagogiczny” wskazuje na wysoką rangę jaką ma wolność w życiu człowieka. Z tego względu Matulka podkreśla, jak ważny jest sam proces kształtowania się rozumienia wolności na przestrzeni rozwoju psychicznego człowieka. Rolą wychowawców jest nakierowanie wychowanków na właściwą drogę, tak, by rozwijając swoje rozumienie świata, rozwijali jednocześnie rozumienie podstawowych zasad moralnych, które owocuje co najmniej „poprawnymi” relacjami miedzy innymi ludźmi.
I tak zalążek procesu wychowywania do wolności zaczyna się rozwijać już od najmłodszych lat człowieka, kiedy to dziecko jest najbardziej podatne na wpływ osób znajdujących się w jego bezpośrednim otoczeniu. To rodzina, a przede wszystkim rodzaj relacji występujących między jej poszczególnymi członkami, ma decydujący wpływ na przyszły rozwój małego człowieka. To jak będzie odnosił się do rówieśników, jaką pozycję społeczną będzie chciał osiągnąć, jakie będzie jego postrzeganie świata i siebie samego, jest rezultatem wkładu rodziców w wychowanie.
Człowiek, nie rodzi się ze świadomością czym jest dobro i zło, musi się tego dowiedzieć od dorosłych, jednak nie jest w stanie od razu pojąć właściwego sensu tych wartości, dlatego właśnie proces wychowania do wolności jest długotrwały. W związku z tym, że młody człowiek potrzebuje czasu na wykształcenie zdolności podejmowania właściwych decyzji, jest pozbawiony całkowitej wolności, czyli pozostaje pod opieką i nadzorem wychowawców, aż do osiągnięcia prawnej dorosłości, określanej w Polsce na wiek od 18 lat. Jest to umowny wiek, wiadomo, że proces psychicznego rozwoju jest zależny od wielu czynników środowiskowych i społecznych. Jest to czas, kiedy człowiek staje przed trudną decyzją, musi zadecydować co dalej zrobić z własnym życiem, jest to wybór kluczowy dla jego przyszłości. Może się dalej uczyć, skończyć dwa kierunki studiów, a droga do kariery stanie dla niego otworem, może także podjąć od razu jakąś pracę. Ale decyzja ta, wcale nie bywa łatwa, a to dlatego, że pragnienia i ambicje zderzają się z rzeczywistością i szybko okazuje się czy decyzja była dobra czy zła. Człowiek który po ukończeniu szkoły średniej wybiera dalsze kształcenie, może być pewien, że przy kolejnym wyborze, przed jakim stanie po ukończeniu studiów, będzie miał o wiele więcej możliwości, o wiele lepsze perspektywy, niż rówieśnik, który wybrał pracę. Obie postacie, są już wolnymi jednostkami, które powinny respektować prawo i ponosić konsekwencje swoich decyzji.
Człowiek wolny to taki, który decyduje rozumnie, postępuje odpowiedzialnie, zgodnie z zasadami moralnymi, taki który postępuje zgodnie ze swoim sumieniem, a jednocześnie tak, jak postąpić powinien. Ważne jest tu prawidłowe rozumienie wartości, które jest wpajane dziecku od najmłodszych lat przez osoby, z którymi styka się dorastając, a więc przez rodziców, wychowawców, osoby duchowne. Właśnie dlatego Matulka określa wychowanie do wolności jako podstawowy problem pedagogiczny, bo to co uda się przekazać młodemu człowiekowi w procesie wychowania, zadecyduje o jego przyszłości, droga jaką obierze będzie zależeć od wyznawanej hierarchii wartości.
I tak prawdziwie zasadnym jest powiedzenie: „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, bowiem umysł ludzki jest wysoce plastyczną substancją, nieustannie modelowaną i odkształcaną, a im lepszą osiągnie postać na początku, tym łatwiejsze będzie nadanie jej ostatecznego kształtu.

czwartek, 20 marca 2008

Jules Verne "Michał Strogow- kurier carski"

"Michał Strogow- kurier carski" to historyczna powieść przygodowa Julesa Vern'a, osadzona w realiach XIX-sto wiecznej Rosji. Autor (skądinąd pisarz francuski ;] ) snuje opowieść o dzielnym bohaterze Michale Strogowie, Rosjaninie w służbie cara, dowódcy- trzeba dodać, kurierów carskich. Zostaje on pewnego dnia wezwany przed oblicze Ojca (bo tak właśnie w owym czasie zwano cara), który powierza mu misję przekazania swemu bratu, znajdującemu się w patowej sytuacji ( a wcale nie powiem czemu :) ), wiadomości, której to nie można przekazać telegraficznie, w wyniku komplikacji spowodowanych najazdem tatarskim.
I tak oto nasz dzielny Michał, by spełnić swój... zawodowy, który na całe szczęście jest również patriotycznym obowiązkiem, udaje się incognito przez objętą wojną Syberię. Niczym współczesny James Bond, napotyka na swojej drodze złych ludzi i piekną kobietę. Przyjmujemy oczywiście, że nie dziwi nas wątek romansu 36-letniego meżczyzny z 17 - letnią dziewczyną, który nawiasem mówiąc oddaje zapewne erotyczne fantazje autora powieści. Mniejsza jednak o to. Strogow przemierzając więc w asyście pięknego dziewczęcia imieniem Nadia, niebezpieczne regiony, podąża niewzruszenie ku celowi swej podróży, ku Irkuckowi- syberyjskiej stolicy, w której znajduje się pałac carskiego brata. Nie trzeba dodawać, że jak prawdziwy bohater, natyka się w czasie swej wędrówki na przeróżnego rodzaju komplikacje, niejednokrotnie stając w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, jeszcze częściej znajdujac się w grożących ujawnieniu jego skrzętnie ukrywanej tożsamości sytuacjach. To jednak nie zraża naszego mężnego Michała, przyjmującego na swe barki, bez słowa skargi wszelkie tarapaty, zgotowane przez autora powieści, który to w pogoń za carskim kurierem puszcza Ogarewa- zdrajcę, stającego na czele oddziałów tatarskich, pchanego żądzą zemsty na carskim bracie.
Nie chcąc ujawniać zbyt wielu szczegółów książki, dodam jeszcze tylko że Ogarew, dowiadując się o misji Michała, knuje intrygę, której to celem ma być dostanie się do pałacu w Irkucku pod nazwiskiem Michała Strogowa, co oczywiście jest jednoznaczne z "dopadnięciem" Strogowa, gdzieś po drodze i zamordowaniu go cichaczem, zanim ten powiadomi księcia o planach Tatarów.
Obok wyimaginowanych śmierci, nie tak śmiertelnych jak to by się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, porwań, postrzałów i ozdrowień w niewyjaśnionych okolicznościach, jest w tym wszystkim jednak i wątek komediowy, a to za sprawą mniej lub bardziej rozgarniętych, rywalizujących ze sobą korespondentów dzienników angielskiego "Daily Telegraph" i pewnego francuskiego, którego nazwa pozostaje w głebokiej tajemnicy. Obaj dziennikarze, znajdują się to "tu" to "tam", naogół zaś "tam" i to dziwnym trafem tam gdzie i nasz bohater. Nie wnoszą jednak do powieści niczego oprócz kilku obiektywnych komentarzy o sytuacji ogarniętej wojną Rosji.
Podsumowując książkę juz całościowo, muszę przyznać, że pomysł był dość ciekawy, fabuła jednak w efekcie wyszła mało wartka, a Verne aż nazbyt postrał się o happy end, zadziwiający i zaskakujący niemalże w każdym calu. Powieśc jednak czyta się szybko, jest opisana lekkim językiem, i bądź co bądź daje w miarę rzetelny obraz o sytuacji XIX wiecznej Rosji, by wierzyć słowom Pana Łukasza, który bardziej się na historii zna niż ja :) Do tego mimo, że moja lekka recenzja może wyglądać na negatywną, to jednak przyznam się, że książkę przeczytałam w weekend, a Łukasz od perypetii Strogowa i ciążącej nad nim zdradzieckiej ręki Ogarewa odrywał mnie prawie siłą. Myślę, więc, że powieść jest godna polecenia, film podobno też, ale to już według mojej mamy, ja nie miałam przyjemności oglądać.

niedziela, 24 lutego 2008

Jan Paweł II, zależność wiary i rozumu w encyklice Fides et ratio.


Z uwagi na to, że od dawna nic się nie pojawiło i pojawi się dopiero w bliżej nieokreślonej dalszej przyszłości, zamieszczam mój własny fragment pracy zbiorowej na konwersatorium z teologii dogmatycznej, a niech sobie bedzie:


„Wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”

Zagadnienie relacji zarysowujących się między wiarą a rozumem, poruszył Jan Paweł II w jednej ze swych encyklik. W Fides et ratio, papież wskazuje wyraźnie na konieczność dążenia do uniwersalizacji pojęć związanych zarówno z wiedzą rozumową jak i z wiedzą wypływającą z Objawienia Bożego. Owe dwie drogi człowieka w dążeniu do odpowiedzi na fundamentalne pytania związane z istnieniem oraz sensem życia, w myśl koncepcji Jana Pawła, nie są od siebie zupełnie oderwane, a z uwagi na swe cele winny się przenikać, wzajemnie uzupełniać. Papież stara się nam uświadomić potrzebę uprawiania teologii w oparciu o wiedzę filozoficzną, wskazując w encyklice na fakt, iż obie, wiedza i wiara kierują się ku prawdzie. Człowiek chcę poznawać świat, ale nurtuje go nie tylko świat racjonalny, poszukuje również odpowiedzi w sferze pozaracjonalnej. A zatem z uwagi na charakter wiedzy, postuluje Jan Paweł drugi konieczność uprawiania filozofii, bo taka tylko wiedza może dawać nam całościowy obraz rzeczywistości. Uważa dalej, iż nie możemy zawężać jej jedynie do stricte naukowego spojrzenia. By wiedza nasza była w istocie pełna, a raczej na tyle pełna na ile to możliwe, musimy bowiem zdawać sobie sprawę z istotnych ograniczeń wypływających z faktu iż nie jesteśmy obiektywnymi obserwatorami świata, musi wiedza teologiczna partycypować w poznaniu ludzkim na równi z wiedzą filozoficzną, nie umniejszając znaczenia ani jednej ani drugiej, obie bowiem mają istotny wkład w tworzenie światopoglądu.

W odniesieniu do wiedzy naukowej jak i tej opartej na wierze, w myśl nauk soborowych istnieją dwa nie tożsame ze sobą, lecz wzajemnie uzupełniające się porządki poznania, mianowicie poznanie w drodze refleksji filozoficznej oraz prawda Objawienia. Nie wykluczają się wzajemnie owe dwa porządki z uwagi na różnice źródłowe jak i przedmiotowe. Wiedza filozoficzna tworzona jest na bazie twierdzeń naturalnego rozumu, Objawienie natomiast dostarcza poznania, wspomagając się wiarą. Co do przedmiotu zaś w dążeniu do prawdy jeden opiera się na postrzeganiu zmysłowym i na doświadczeniu, drugi chcąc odkryć tajemnice boskie, nie może obyć się bez Objawienia Bożego.

Filozofia wyraża uniwersalne pragnienie wiedzy człowieka, a z racji tego, iż stara się być wiedzą racjonalną, skrupulatnie korzystającą ze zdolności ludzkiego umysłu do abstrakcyjnej refleksji, systematyzuje swe treści, dając spójną i harmonijną koncepcję. W jej tworzeniu rozum zajmuje miejsce kluczowe, to on bowiem pozwala „intuicyjnie chwytać i formułować pierwsze i uniwersalne zasady istnienia oraz wyprowadzać z nich poprawne wnioski”. Papież podkreśla jak wysoce Kościół katolicki ceni to dążenie rozumu, do dostarczania wiedzy racjonalnej, do wyodrębniania tylko tego, co uniwersalne, co daje wiedzę pewną, a co za tym idzie „wiedzie do poznania podstawowych prawd o życiu człowieka” , nabudowujących się na prawdach filozoficznych jak zasada niesprzeczności, celowości i przyczynowości, czerpiąc z koncepcji osoby jako wolnego i rozumnego podmiotu, formułując podstawowe zasady moralne. Martwi jednak odchodzenie filozofii od owego poszukiwania prawdy, które to powinno stanowić jej cel, na rzecz rozważań nad samym człowiekiem. Ten antropocentryzm, który zarysowuje się głównie we współczesności, zatraca istotny charakter pierwotnej filozofii, która to miała być umiłowaniem mądrości. Zawęża bowiem rozważania człowieka do zagadnień związanych wyłącznie z poznaniem ludzkim, ze sferą języka, apeluje więc Jan Paweł II do biskupów, filozofów i myślicieli współczesnych o wzywanie do szukania prawdy, co jest pierwotnym powołaniem filozofii, również do ustrzegania się przed przeróżnymi formami agnostycyzmu i relatywizmu, wypływającymi ze skupiania się nad ograniczeniami rozumu. Przesadny bowiem racjonalizm, doprowadził do radykalizacji stanowisk i do powstania filozofii oderwanej i autonomicznej od treści wiary. Wszystkie te postawy są podstawą dla stanowiska nihilizmu głoszącego brak możliwości odpowiedzi na fundamentalne, egzystencjalne pytania, ulotności i przemijalności wszystkiego. Prowadzą również do przypisywania filozofii wyłącznie funkcji praktycznych, a nakierowane na użyteczność nie zajmują się już szukaniem i poznawaniem prawdy . Ograniczenia rozumu w istocie należy brać pod uwagę, ale nie należy przyjmować stanowiska skrajnie sceptycznego, stanowiska wątpienia we wszystko co nas otacza, niesie to bowiem za sobą konsekwencje regresu w kształtowaniu się światopoglądu. Należy pokładać wiarę w możliwości swego rozumu, nieustannie pracować nad jego rozwijaniem, kierować się wizją prawdy, dążyć do jej poznania i osiągnięcia. Nie należy zadowalać się „prawdami cząstkowymi” jak pisze papież, a poszukiwać odpowiedzi na „zasadnicze pytania o sens i najgłębszy fundament ludzkiego życia osobowego i społecznego”.

W osiągnięciu tego celu, pomocna jest dla człowieka nie tylko filozofia, lecz także wiara w Objawienie Boże, która „dostrzega w orędziu zbawienia pełnię łaski i prawdy, którą Bóg zechciał objawić w dziejach”. Bóg powierza człowiekowi prawdę, dla dobra ludzkości ofiarowuje ostateczną prawdę o życiu i o celu dziejów. Wiara w Objawienie odsłania nowe perspektywy, ufność w Słowo Boże jest konstytutywnym elementem odpowiedzi na tajemnicę osobowego istnienia, bez Słowa Bożego, bez zwrotu Boga do człowieka, tajemnica istnienia pozostaje dla człowieka „niemożliwą do rozwiązania zagadką”. Tylko dzięki nieustannemu działaniu Ducha Świętego na przestrzeni wieków, ludzkości może ukazać się pełnia prawdy Bożej w ostatecznym Bożym Objawieniu. Aby przyjąć prawdy Objawienia, człowiek musi najpierw zawierzyć Bogu, ten akt zawierzenia jest ściśle i nierozerwalnie związany z rozumem i z wolną wolą człowieka, to człowiek sam dokonuje wyboru czy chce ufać Bogu i dążyć do boskiej prawdy. Tym sposobem Objawienie jako „bezinteresowny dar Boga” pobudza umysł, aby dążył do owej prawdy, by nie skupiał się jedynie na rozwiązaniach racjonalnych, naukowo udowodnionych, ale by wykraczał poza to, co widoczne, co „namacalne”, podkreśla bowiem Jan Paweł II jak skończonym jest rozum w obliczu nieskończonej tajemnicy Boga, której nie można zrozumieć wyłącznie na kanwie poznania zmysłowego.

I tak prawdy objawione przez Boga, nie stoją w opozycji do prawd uzyskanych na drodze refleksji filozoficznej, prawdy te nie negują się wzajemnie, nie są ze sobą sprzeczne, a zarówno jedne jak i drugie są względem siebie komplementarne i prowadzą wspólnie do pełni prawdy. „Rozum oczyszczony i prawidłowo uformowany jest w stanie wznieść się na wyższe poziomy refleksji, tworząc solidny fundament dla pojmowania bytu, rzeczywistości transcendentnej i absolutu”. Takie stanowisko prezentowali już Ojcowie Kościoła, postulujący wzajemne opieranie się na sobie dwóch porządków poznawczych. Św. Anzelm był zdania, że zadaniem rozumu nie jest wydawanie opinii o treściach wiary, ponieważ nie jest do tego przystosowany, ma natomiast za zadanie poszukiwanie sensu, odkrywanie rozumowych uzasadnień , prowadzących do uzyskania zrozumienia treści wiary. Za harmonią miedzy wiara a rozumem, opowiadał się także św. Tomasz uznając, że skoro oba pochodzą od Boga, to nie mogą sobie wzajemnie zaprzeczać, a wręcz przeciwnie, przedmiot badań filozofii może być pomocny w zrozumieniu Bożego Objawienia.

Zajmując się relacją między wiarą a rozumem papież wykazuje opierając się na błędach przeszłości, że „rozum pozbawiony wsparcia ze strony Objawienia podąża drogami na których istnieje ryzyko zagubienia jego ostatecznego celu. Wiara natomiast pozbawiona oparcia w rozumie, skupia się bardziej na uczuciach i przeżyciach, co stwarza zagrożenie, ze przestanie być propozycją uniwersalną (...) jest zatem konieczne, aby rozum wierzącego zdobył naturalną, prawdziwą i uporządkowaną wiedze o rzeczywistości stworzonej, o świecie i o człowieku, która jest także przedmiotem Bożego Objawienia; tym bardziej tez rozum powinien być w stanie wyrazić tę wiedzę za pośrednictwem pojęć i argumentów. Spekulatywna teologia dogmatyczna zakłada zatem i implikuje określoną filozofię człowieka, a w sposób głębszy bytu, oparta na prawdzie obiektywnej”. Słowa te są zachętą Jana Pawła II do uprawiania filozofii chrześcijańskiej. Ten typ filozofii jest refleksją powstałą związku z wiarą. Papież dostrzega jej dwa aspekty, subiektywny i obiektywny. Pierwszy polega na oczyszczeniu rozumu przez wiarę, która uwalnia rozum od niebezpiecznych pokus i nakierowuje go na to, co w osiągnięciu prawdy jest istotne. Drugi zaś wskazuje, że rozum nie byłby w stanie na drodze naturalnego poznania odkryć niektórych prawd bez pomocy i udziału Objawienia.

poniedziałek, 14 stycznia 2008

...


"W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę,

Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę"

A. Mickiewicz



niedziela, 6 stycznia 2008

Metody filozofowania do XX wieku...

Co by ułatwić sobie przyswojenie tekstu Stanisława Kamińskiego dotyczącego metod filozofowania na przestrzeni wieków, napiszę pościk krótki, bedący
streszczeniem owego tekstu, odrazu zaznaczam, żeby mnie potem nikt o plagiat nie posądził. Może
ktoś bedzie zainteresowany, jeśli nie, trudno, dla mnie osobiście rozprawa pana Kamińskiego jest
niezwykle chaotyczną, a metody niezbyt wyraźnie uwidocznione...

Na początku więc tekstu autor zaznacza, iż filozofowanie, by było owocne, wiązać powinno ze sobą wszystkie wcześniejsze koncepcje filozoficzne, a to z jednej prostej przyczyny, mianowicie, by
filozofowanie nasze było wolne od błędów już wcześniej popełnionych i by wykorzystywało w pełni
pozytywne doświadczenia i spostrzeżenia poczynione przez największych w dziejach filozofów. Tak więc niezbędne jest uprawianie historii filozofii, to już wiemy, i z tezą tą jak najbardziej się zgadzamy ( jeśli się jeszcze nie zgodziliśmy,
przeczytajmy powyższe zdanie raz jeszcze, aż do skutku), możemy więc przejść do zarysowanego
przez Kamińskiego szkicu metod, wykorzystywanych kolejno przez poszczególne grupy filozoficzne, na przestrzeni wieków. Chronologicznie, zaczniemy bez zaskoczenia od samego począteczku. I tak pierwszy filozofem nazwał się Pitagoras, wychądząc z założenia, że na świecie
mędrców nie ma, bowiem według Platona mądrość przysługuje jedynie Bogu, tak więc człowiek,
zgłębiający wiedzę, jest miłośnikiem madrości. Dobrze więc, wiemy ,że kraje śródziemnomorskie,
będące kolebką filozofii, przemieżali wzdłuż i wszesz różnego pokroju miłujący mądrość, oni to
zajmowali się tzw. filozofią przyrody i poszukiwali odpowiedzi na pytanie o arche, czyli początek
świata. Jakież były ich propozycje pominiemy, zajmujemy się tu bowiem metodami jakimi do
przeróżnych wniosków usiłowali dojść. W owym czasie, pisze autor, "filozofia była wiedzą
madrościową o charakterze empiryczno- spekulatywnym" tak więc, " na podstawie potocznej obserewacji
w drodze racjonalnego namysłu, stosując abstrakcję, zwaną także indukcją jońską, która polegała
na przechodzeniu myślowym od konkretnych treści do ogólnego zakresu wskazywano pryncypium
genetyczne kosmosu" Gwoli wyjaśnienia, wyróżniamy indukcję i dedukcję, indukcja prowadzi do
uogólniania wniosków, dedukcja z kolei działa w stronę odwrotną, prowadzi od ogółu do szczegółowych spostrzeżeń. Doprowadziło to do zainteresowania się samym poznaniem, pytajac ktoreż to źródła
poznania dają wiedzę najprawdziwszą i najbardziej wartościową, w zależności od odpowiedzi filozofowanie "stało się czysto spekulatywną analizą pojęć, nieopartą na doświadzczeniu, albo operacją poznawczą trzymającą się ściśle danej empirycznie rzeczywistości".
W tym samym czasie, filozofię swą propagował, Sokrates, zajmujący się poznaniem i moralnością, korzystał on z metody indukcyjnego definiowania, w której to "do określenia istotnej treści pojęcia ogólnego dochodzi się zaczynając od porównawczej charakterystyki przypadków pod to pojęcie podpadających oraz nie podpadających". Tak więc aby dojść do prawdy, należy najpierw, porównać stanowiska, no dobrze, ale co rozumiemy przez "przypadki niepodpadające" i jaki związek mają z pojęciem, skoro pod nie nie podpadają... no generalnie, stawiał on pytania,sprytnie manipulując tokiem myślenia rozmówcy, by ten sam skierował się na prawdziwe poglądy...
no raptem początek, niekompletna starożytność, ale późno, cdn. :)