środa, 26 grudnia 2007

"Miszczyni" jogi ; -)

Nosząc się od niepamiętnych czasów z zamiarem praktykowania jogi, jako, że warunki nastąpiły wreszcie korzystne, to znaczy pozbyłam się uciążliwego kataru, który gnębił mnie czas jakiś (zdecydowanie za długo jak na leczony, który trwać powinien 7 dni, i więcej niżbym go wcale leczyć nie miała, czyli cały, długi tydzień...) A wiadomo katar oddychanie sprawia sztuką trudną, nie lada wysiłkiem i mozołem opatrzoną, tak więc nie pozostało mi nic, oprócz spokojnego oczekiwania na cudowne przywrócenie drożności oddechowej, tak do ćwiczeń jogi potrzebnej...
Po drodze Święta mnie zastały, przywitały suto zastawionym stołem, co raczej do lenistwa skłania niż do jakiegokolwiek, choć najmniejszego wysiłku. Otóż to, pyszne ciasteczka i serniczki, pierożki, sałatki, rybki- to jest właśnie drodzy Państwo esencja życia... ale cóż nam po serniczkach, cóż po pierożkach? Życie doczesne nazbyt krótkie, aby poświęcać je jedynie uciechom cielesnym, trzeba troszkę o kondycję zadbać. Zachęcona więc górnolotnymi słowami z przedmów dwóch podręczników jogi, gdzie to autorzy entuzjastycznie przekonują, że kto tajemnice Hatha-jogi zgłębia, ten osiąga spokój zarówno ciała jak i ducha, piękną sylwetką, zdrowiem i równowagą wewnętrzną się cieszy.
Osiągnąć harmonię i równowagę między ciałem i duszą? No rzecz to musi być jak najbardziej przydatna, zwłaszcza w obliczu zbliżającej się sesji, może pomóc przywrócić spokój skołatanym nerwom, odrzucić na bok stres, nadać pewności siebie. Ale do rzeczy, rozłożyłam sobie kocyk w pokoju, na samym środeczku, co bym miała dosyć miejsca na wykonywanie ekstremalnych ewolucji, przedtem wybrawszy sobie zestaw vinyasy dla początkujących, czyli tych słabo wyćwiczonych, w pełni przekonana, że moje ciało poradzi sobie z tym „prościutkim” zestawikiem ćwiczeń bez najmniejszego problemu. Pierwsze ćwiczenie... i zaskoczenie kompletne, a to dopiero rozgrzewka w postaci rozciągania mieśni! Skłon i wyraźny ból mieśni nóg...oj, alarmująca myśl przebiega przez głowę – kiedyś jakiś tam skłonik nie sprawiał mi problemów... spłyciłam nieco skłon i próbowałam równomiernie oddychać- czego się nie robi dla dobrego ukrwienia umysłu... kołysanka miednicą ( bułeczka z masełkiem) odrobinę wiwindowała moją pewność siebie- może nie jest ze mną aż tak źle- pomyślałam. No to teraz bandha brzucha, wspaniała rzecz, ćwiczenia bandhy uelastyczniają mięśnie układu pokarmowego, poprawiają m.in. stan i funkcjonowanie trzustki. Cudownie, już czuję ten odżywczy masaż regulującego poziom cukru w organizmie organu. Ale już czas na vinyasę, zaczynam od prostego i przyjemnego cyklu ruchów „powitanie Słonca” czyli surya namaskar, to dopiero ćwiczenia! Pranamasana (postawa modlitewna), hasta uttanasana (postawa otwarcia rąk w stronę nieba), uttanasana (postawa rozciągania w zgięciu), virabhadrasana (postawa potężnego herosa, powitanie wojownika), itp. W sumie 12 elementów tejże vinyasy, trzeba przyznać dość optymistycznie nastawiającej dzięki swej nazwie jak i pociesznym nazwom poszczególnych ćwiczeń. Gorąco polecam ćwiczenie „Powitania Słońca” rano, pomaga się rozbudzić i nie zajmuje co najważniejsze więcej niż 5 minut, chyba warto poświęcić chwilkę na natchnięcie umysłu optymizmem i zachęcić do działania (takie ma bynajmniej dawać rezultaty praktykowanie jogi... pożyjemy, zobaczymy). No ale dość tych „ekstremalnych ewolucji” jak je wcześniej określiłam, jak na pierwszy raz zdecydowanie wystarczy, trzeba jeszcze troszkę odetchnąć i odpocząć. Przyjęłam w związku z tym pozycję medytacyjną doskonałą, czyli Siddhasana... dodam, że pozycja ta z doskonałym wyćwiczeniem raczej niewiele ma wspólnego, nie oczekuje od jogina, zakładania sobie stóp na uda bądź Bóg wie gdzie jeszcze jak dajmy na to Lotos (Padmasana). Tak więc pozycję przyjęłam i już, już prawie była gotowa do... odbierania energii kosmicznej, starałam się zgodnie ze wskazówkami podręcznika kierować świadomie swą siłę witalną, czyli pranę, do wnętrza mojego organizmu, by dodała „energii moim myślom” : ) ...
Cóż na zakończenie dodam jedynie, że pierwsze próby były mizerne, ale są to dopiero pierwsze kroki ku zgłębieniu zasad jogi i medytacji, ledwo raczkowanie w tej jakże tajemniczej materii, nirwany jeszcze nie osiągnęłam, ale jestem dobrej myśli...

niedziela, 23 grudnia 2007

Czego pragną kobiety?


Nie jest żadną nowością, czy jakimś szczególnie ukrytym detalem fakt różnicy między kobietami a mężczyznami, pal jeszcze licho, że są to różnice przede wszystkim anatomiczne, sytuację komplikuje dopiero odkrycie, ze obie płcie różnią się w ogromnym stopniu pod względem psychicznym. A komplikacje z tej tezy nieobalalnej wynikające, niczym węzeł gordyjski zasupłane i zawiłe,a kto z sukcesem węzeł ów rozwikła ten niechybnie zostanie panem świata... Ale póki co musimy się obyć bez pana świata i męczyć się z problemem już u zarania dziejów ludzkości powstałym, jak pogodzić przybyszy z dwóch różnych planet: Wenus i Marsa. Problem jest bowiem ogromnej rangi, a szansa na jego rozwiązanie nikła. Nie różnimy się może aż tak diametralnie jak ogień i woda, ale zgoła inna uczuciowość, odmienne upodobania, czy hierarchia wartości, sprawiają, że często próby zrozumienia partnera spalają na panewce... optymistycznym jest jednak fakt, że ciągle próbujemy. Już tyle wieków a ludzkość ciągle nie stała się skamieniałym eksponatem w muzeum nowszych, zgodniejszych form życia


Czego pragną mężczyźni? Ja nie wiem. Czego potrzebują, do czego dążą, w jakim stopniu są im potrzebne kobiety - tym bardziej. Ale zastanawiam się coraz częściej jakie są podłoża tych pragnień i czy rzeczywiście cele przedstawicieli jednej płci są aż tak bardzo rozbieżne względem drugiej? Czy faktycznie kobiety i mężczyzn łączy jedynie niepohamowana chęć wydaniana świat potomstwa, bądź co bądź genetycznie uwarunkowana, ściśle zakotwiczona w naszej mentalności. Podobno My- kobiety, szukamy mężczyzn odpowiedzialnych ,silnych, mających predyspozycje przywódcze, takich którzy potrafią osiągnąć wysoką pozycję społeczną, zadbać o Nas i nasze potomstwo. Mężczyźni z kolei poszukują kobiet pięknych i zdrowych, co ma zagwarantować dobre ulokowanie genów. A co z przyjaźnią i z miłością? Apetyt na seks i to wszystko? Czy za dużo wymagamy pragnąc miłości, oddania i szacunku? Jedno wiem na pewno, a mianowicie, że kobieca psychika jest bardzo delikatna, o wiele bardziej niż męska, a zatem kobiety zdecydowanie szybciej i łatwiej przywiązują się do mężczyzny, zwracają uwagę na detale, na miłego smsa bez powodu, na każdy, najdrobniejszy gest świadczący o tym, że ich mężczyznom na nich zależy. Ale jednocześnie łatwiej jest je zranić. Każda marzy o romantycznej miłości, o księciu z bajki....osadzonym w realiach współczesnego świata, bo jednak bez przesady, o lśniącym żelastwie na znakomicie wyrzeźbionym ciele ani myślę ... no tak znowu znakomicie wyrzeźbionym ciało być nie musi, bo takowe zwykle bywają próżne i egoistyczne. No więc własnie, mężczyzna idealny to dla mnie meżczyzna inteligentny, ale i czuły, troskliwy, błyskotliwy, zabawny. Taki, ktory by o mnie myślał, przy ktorym czułabym się wyjątkowo, troszkę jak księżniczka... to nie znaczy, że chcę usłużnego mężczyzny, nie, chcę mężczyzny, który mnie będzie bezwarunkowo kochał, który mnie będzie inspirował, pchał do tego bym była lepsza dla niego i dla innych... czuć się wyjatkowo przede wszystkim... Ech, spać idę bo smutek we mnie wzbiera, że śmiem do takich myśli się posuwać


P.s.Kocham Doti mimo że nie jest dzieckiem afrykańskim, adoptować mi jej raczej nie dadzą, pierwej rodzice musieliby się do niej praw zrzec...

In da zoo...

    Piękny, cudownie leniwy, słoneczno- burzowy dzień 27 lipca roku pańskiego 2007. Od godziny 10.00, po irytacji na apatycznośc komputera, który zaczynam sądzić przeżywa jakis kryzys i ogólną zlą kondycję internetu - który nawiasem mówiąc jest już bliski samobójstwa, zabrałam się za czytanie nowiutkiego, nie pachnacego jeszcze półrocznym kurzem, a farbą drukarską nabytku o tytule po który sama pewnie bym nie sięgnęła. Zakupiony wczoraj przez moją mamę egzemplarz "Diabeł ubiera się u Prady" wcisnęłam do ręki i wyszłam z domu, a wyszłam daleko bo az na taras, gdzie usadowiłam się wygodnie na huśtawce i zaczęłam czytać. No i przyznam fabuła wciągająca, to jedna z tych książek, które można bez opamietania przeczytać w jedną noc... no może w dwie, fakt, że jest to 448-mio stronnnicowa powieść niejako uniemożliwia przeczytanie jej bez absolutnego oderwania sie choć na chwile. 

Generalnie czytam faktycznie "Diabeł ubiera się u Prady" i istotnie książka mnie wciągnęła, robię obecnie małą przerwę na "dopieszczenie" mojej wioseczki na Plemionach i pozbycie się tych natrętnych literek sprzed oczu... literki, wszędzie literki, małe, wścibskie i do tego ułożone kompletnie bezsensu, w jakimś nic nie znaczącym szyku... całe rzędy literek... Szkoda, że nie pomyślałam wcześniej o przeczytaniu czegoś tak luźnego i odstresowującego, autentyczny odmóżdżacz, choć nie jakieś tam denne romansidło... aczkolwiek historia kompletnie nierealna, i to nie tylko za sprawą posiadania przez główną bohaterkę "mężczyzny idealnego", który najpierw cieszy się jej sukcesem w branży dziennikarskiej, później na każdym kroku ją wspiera, a do tego jest przy niej mimo, że ta, zapracowana nie ma dlań czasu i nieustannie przekłada planowany od dawna wieczór, podczas krórego cała jej uwaga ma się skupić tylko i wyłącznie na nim... jaki mężczyzna by to wytrzymał? ... Ale dość o nierealnych historiach, kilka dni temu wreszcie przyjechał do Warszawki Ł. i mieliśmy parę dni tylko dla siebie Powiedzmy, że trzy, od czwartku wieczorem do późnego sobotniego popołudnia. Jak opisuję "barankowanie" z hrabinkami A. i D. tak chętnie opisałabym spotkanie z Ł. ale tu problem pojawia się niemały, nie ulega wątpliwości chyba, że spotkania z Ł. mają zupełnie inny charakter niż wspomniane "barankowanie" z hrabinami... Chciałam napisać, żeby mu nie przyszło do główki, że się wcale nie ucieszyłam, że przyjechał, owszem ucieszyłam się i to bardzo, najbardziej z tego, że mogłam się przytulić, a zaraz potem z tego, ze zabrał mnie do zoo chodziliśy przez ładnych parę godzin, oglądaliśmy cudowne brunatne misiaki, jeden uroczo łaził wzdłuż całej fosy, zatrzymywał się kolejno przy każdej grupce gapiów i witał ich radośnie, od czasu do czasu uderzając łapką w taflę wody... ponadto widzieliśmy słodkie foczki w porze karmienia, treser przyszedł do nich z całym wiadrem rybek, postawił dla każdej trzy różne... nie wiem jak to nazwać, w każdym razie foczki podpełzały do tego i dotykały noskami- symbolizowały w ten sposob, że chcą jeszcze dostać rybę- dopóki treser nie gwizdnął, wtedy się odsuwały i ten rzucał im kawałki ryb. Były także groźne lwy i ( Łukasza ulubione zwierzątka ) tygrysy, które zamiast miauczenia wydawały z siebie przeciągłe "auuuuu..." ...no i tu się chyba sypie cała teoria o miauczeniu kotków domowych, bo skoro i one i tygryski są z rodziny kotowatych, to kocie "miauuu..." jest pewnie w rzeczywistości nieco zmiękczonym "auuu..." dodam,że faktycznie nigdy nie słyszałam w całym miauczeniu żadnego "m"... Były pumy, leniwe gepardy i nadpobudliwe lampardy ( jeden krążył po klatce po ścieśle wytyczonej trasie, zbaczając tylko czasem i to nieznacznie), o lubieżnych słonikach, ktorym zebrało się na amory w środku dnia i to w obecności zaskoczonych do granic możliwości żenujacym zachowaniem słoni odwiedzającym zoo nie wspomnę Oglądaliśmy jadowite tarantule i ptaszniki, których bliska obecność wcale nie napawała dzielnego Łukasza lękiem, nie przestraszył się ani razu Widzieliśmy mnostwo zwierząt, tych egzotycznych, jak krokodyle, aligatory czy małpki, i tych całkiem rodzimych jak bociany czy żubry. Było super

Death, funerals & graves c.d...

opublikowałam wczesniej notkę, w której pisałam o obyczajach pogrzebowych ludów pierwotnych, oczywiście od tamtej pory w lekturze posunęłam się nieco dalej, przerobiłam etap w dziejach ludzkości, gdzie śmierć nie tyle została dostrzeżona, co zaczął się proces jej kultywowania. Według ustaleń badaczy stało się to już w okresie mustierskim, przypadającym mniej więcej na 85 000 -40 000 lat temu, u schyłku istnienia rasy neandertalskiej i kiedy to po świecie w końcu dumnie zaczął kroczyć gatunek Homo Sapiens... Tak, tak- "Człowiek, to brzmi dumnie", jak powiedział kiedyś Maksym Gorki, a jakże dumnie musi brzmieć Człowiek Myślący?! Przypuszcza się, że wraz z pojawieniem się Homo Sapiens zaczęła artykułować się mowa, a ta, jako zdolność komunikowania się z otoczeniem, musiała być zarazem początkiem tworzenia się wszelkich bóstw i ich kultów. Wiadomo ,religia, wśród ludzi już bardziej świadomych swego istnienia, swej wyjątkowości, współbytowania z innymi ludźmi i ze zwierzętami i swej nad nimi wyższości, musiała pełnić ogromną rolę. Nie chodzi tu tylko o samotność człowieka we wszchświecie, lecz przede wszystkim o życie. Naturalnie, dziś możemy tylko snuć domysły, wszelkie interpretacje struktur społecznych i ich religijności, stopnia rozbudowania ich kultur, to tylko hipotezy podparte nieszczególnie rozbudowanym materiałem dowodowym. Jednak w okresie mustierskim zaczęły pojawiać się groby- to fakt niezbity! Zatem człowiek "dostrzegł" śmierć, nadał jej jakieś znaczenie, a to z kolei jest syndromem rozbudowanego życia duchowego. Wszystko, co wiąże się z pochówkiem, sposób umieszczania zwłok w grobie, otaczające go przedmioty i narzędzia mają swoją szczególną wymowę. Pomińmy może wszelkie przypuszczalnie mające miejsce rytualne akty kanibalizmu, czego wyrazem jest odnalezienie kosteczki to tu, to tam, oddzielonej od reszty szkieletu, delikatnie nadgryzionej kości udowej, gdzie pożywnego szpiku odnajdujemy co niemiara, czy świetnie zachowanej mandibuli, czyli kości żuchwy, bez większej wartości odżywczej, więc i nieprzydatnej do spożycia...albo wstrząsający przykład odnalezienia na środku jaskini Guattari, w kamiennym kręgu czaszeczki bez żuchwy (przypuszczalnego trofeum pogromcy ofiary, nad którą naprawdę ogromnie ubolewam) poza nawiasem już szybko wyjaśniam czemu tak wielce ubolewam, otóż czaszka ofiary była odwrócona potylicą do góry, a otwór potyliczny powiększony, co mogłoby sugerować, że- o zgrozo!! -z tej nieszczęsnej czaszeczki ktoś wydobył mózg i tu sugestia uczonych- w celu jego spożycia!!! Dodam jeszcze, a może to być wskazówka istotna do wszelkich przypuszczeń (które proszę bardzo sobie samemu snuć, bo mnie siły po opisie makabrycznego znaleziska opuściły), że prawy oczodół owej czaszki był strzaskany, a czoło nad łukiem brwiowym rozbite silnym uderzeniem... nikczemnego pogromcy oczywiście, bo i czyim, o przypadkowym upadku denata mowy nie ma! Zresztą czaszeczka sama do jaskini nie przywędrowała i w kamiennym kręgu z pełną pieczołowitością sie nie umieścila, po uprzednim pozostawieniu swojemu losowi reszty szkieletu... No i akty kanibalizmu miałam pominąć a już od dłuższego czasu się nad nimi rozwodzę,więc tak na prędce, gwoli podsumowania dodam, że wedle przypuszczeń uczonych antropofagia, czyli właśnie kanibalizm, nie był objawem regresu w rozwoju ludzkim, a raczej jego nasilenia. Owszem, może to nieco dziwić, ale w owych czasach nie może być już mowy o tak bezmyślnym traktowaniu osobnika własnego gatunku. Ludożerstwo musiało być zabronione już w tamtym okresie, już ludy pierwotne ( no Homo Sapiens to już bez wątpienia) musiały zdawać sobie sprawę z jego konsekwencji, zatem pozostaje tylko aspekt rytualny. Przypuszcza sie, że kanibalizm nie był celem, nie prowadził do zaspokojenia głodu, był swoistym środkiem, służącym do przekraczania czlowieczeństwa... ale my z uwagi na wielce niehumanitarny wyraz, nie zabawiajmy się Hannibala Lectera i nie praktykujmy tego w domach.

Porzućmi jednak czaszeczki, układane w kamiennych czy innych kręgach, równiutko poukładane na skalnej pólce w jaskini itp., itd., bo groby były z tego mizerne, a przejdźmy do konkretnych przykładów składowisk już nierozczłonkowanych szkieletów. Krzysztof Kowalski w swojej książce "Eros i Kostucha" pisze: "W górnym paleolicie ukształtował się jak gdyby stereotyp grobu, obowiazujacy praktycznie w całej Eurazji. Mimo, że pozycje w jakich składano zmarłych, były bardzo różne, ów stereotyp, to wydrążona jama, w niej nieboszczyk obsypany ochrą." Ochra jest grudkowym minerałem, zawierającym żelazo. W zależnosi od zawartości żelaza, barwa jest bardziej lub mniej czerwona. Tak więc zmarłego umieszczano w jamie,obsypywano ochrą, a do tego obdarzano różnymi figurkami z kości mamuta czy nosorożca, czy też kościanymi narzędziami. Możliwe, że owe przedmioty miały pełnić funkcje pomocnicze w przyszłym, pozagrobowym życiu, bo i o wierzeniach w życie pozagrobowe ciągle tu mówimy, nie istaniałyby groby- swoiste bramy do innego świata, bez wierzeń na takim życiu opartych. Pogrzeb, musiał zatem stanowić swoiste przejście do owego "innego świata"...

Na tym może zakończę swój dzisiejszy wywód, w kolejnej notce znajdą się informacje o kulcie bóstw żeńskich, Matki-Ziemi, Wielkiej Matce, Bogini, o ich doniosłej roli w życiu człowieka, związu z narodzinami i śmiercią.

How good to be baranek Part 2


Ostania notka pojawiła się dość dawno, zatem, żeby stworzyć pozory jakiej takiej systematyczności, przedstawiam oto notkę nową, z sensem czy bezsensu napisaną, raczej bezsensu, co z uwagi na potworne, nie przymierzając niemalże saharyjskie upały, pewnie nikogo nie zdziwi. 50-cio stopniowy żar bynajmniej żadnym intelektualnym zmaganiom nie sprzyja... 38 stopniowy również. Ja się dziwię, że w ogóle chce mi się oddychać, po tym dniu najgorętszym z najgorętszych, nie do końca udanym z powodów nieistotnych... Ale żeby nie smęcić, przejdę do rzeczy. Otóż miałam w notce napomknąć o powtórnym spotkaniu z D. i A. (w odwrotnej kolejności tym razem, ażeby nikogo nie dyskryminować i wykluczyć jakoby były to inicjały jednej jedynej osoby, bo i takie podejrzenia miały miejsce) Zatem napomykam, bo i jest o czym napomykać W sobotę 14 lipca hrabianki D. i A. (w asyście kaktusa) radośnie przestąpiły progi mojej hacjendy, opuszczały już w nastroju średnio radosnym, a to za przyczyną hektolitrów... soku z grejpfruta czerwonego... i tu pewnie wymalowało się zdziwienie niepojęte na co poniektórych twarzach, zwłaszcza szanownych D. i A., jak najbardziej zresztą zasadne, bo i cóż może mieć wspólnego sok z grejpfruta czerwonego z jakimkolwiek nastrojem?... otóż absolutnie nic i oczywiście wierzę, że wszyscy wiedzą z jakim rodzajem „soku” miałyśmy do czynienia, te sprytnie zawoalowane treści, mają jedynie odrzucić podejrzenia jako byśmy przy każdej sposobności zaglądały do kieliszka, bo w sumie na to wychodzi, a i propagować napojów wyskokowych w żadnym wypadku tu nie zamierzam. No więc dobrze, może porzucę porównania do soku grejpfrutowego, ale co piłyśmy i w jakich ilościach niechże pozostanie naszą tajemnicą. Bądź co bądź, okazało się, że ani rodzaj, ani jakość, a już tym bardziej ilość, żadnym, nawet najbardziej zaprawionym w bojach hrabiankom nie służą, o czym świadczą gorliwe zapewnienia jednej z wymienionych hrabianek, że odtąd do dnia sądu ostatecznego nie zażyje, ba! Nawet nie spojrzy! (Tu już sobie ubarwiłam nieco, aczkolwiek mogło to i taką mieć postać)... o błogostanie drugiej, która beztrosko przejechała własną stację już nie wspomnę. A i o moim śnie kamiennym też nie ma co mówić... dobrze, że kaktus ma się dobrze, u kaktusa obyło się bez rewelacji, stoi sobie dalej na zaszczytnym miejscu, na samym środku pustej, środkowej półki pustego regału, stojącego niekoniecznie na środku pokoju. Ale nastroje „przed” i „po” swoją drogą, najważniejsze są nastroje „pomiędzy” a te jak zwykle były znakomite. Nie obyło się również bez aktu „kradziejstwa” telefonu tym razem dla odmiany (brawo za innowacje) a i tu nowość w postaci wysyłania sms-ów dziwnej treści. Jakby nie patrzeć, powtórka z „barankowania” była i radości wiele przyniosła, pozdrawiam zatem szanowne D. i A. (która link na bloga tego jednak ma), nie na wszystkich można liczyć tak jak na Was


Jeszcze słówko odnośnie „Plemion”. Faktycznie ostatnimi czasy przesiadujemy nagminnie w internecie i rozkminiamy „Plemiona”- browerską (cokolwiek to znaczy, może browarską) grę online, której celem jest rozbudowanie i doprowadzenie do świetności swojej wioseczki, a także... napadanie, grabienie i łupienie wioseczek pobliskich. Oczywiście na chwilę obecną, napadam na wioseczki opuszczone, którymi nikt się już nie interesuje, zatem nikomu żadna krzywda się nie dzieje. Gierka przyznam fajna, wciągnęła mnie niemało, chociaż nie do końca, jestem pewna czy znam już jej zasady. Na szczęście mam instruktora i protektora, który mnie karygodnie zaniedbuje, ale w zasady bądź co bądź wgłębia, wsparcie podsyła i do mojej wioseczki i do hrabstwa Doti również, dzięki czemu pniemy się z szanowną hrabianką D. po szczytach kariery, coraz wyżej i wyżej w rankingu plemienia JEDI .

Death, funerals & graves...

Wpadła mi w ręce książeczka Krzysztofa Kowalskiego "Eros i Kostucha". Książka składa się z dwóch części, pierwsza opowiada o rytuałach pogrzebowych ludów ludzkich na przestrzeni całej, liczącej 2 000 000- 3 000 000 milionów lat antropogenezy, druga część dotyczy... jakkby to określić... prokreacji i związanych z nią kultów, obrzędów itp. Zapoznaję się narazie z częścią pierwszą i przyznam, że dość ciekawe kwestie są tam przez autora poruszane. Oczywiście, trudno jest określić z całą precyzją jak odnosiły się do śmierci ludy pierwotne, naukowcy nie dysponują zbyt wieloma dowodami na istnienie jakichkoliwiek kultów zwiazanych z pochówkiem współplemieńców na początku dziejów ludzkości. Są to jedynie domysły, ale jakie domysły!


Przez długi czas przypuszczano, że brak grobów oznaczał właśnie brak obrzędów pogrzebowych, Kowalski przytacza wiele przykładów z nowszej już i udokumentowanej historii, gdzie brak grobów wcale nie wiąże się z brakiem otaczania zmarłych jakąkolwiek czcią... chociaż i z tą czcią bywało różnie, jak chociażby u Buszmenów, którzy umierającego towarzysza po prostu porzucali, zostawiając mu troszkę pożywienia i wody. Cóż za troska, niech biedaczek chociaż z głodu nie umrze, straszna byłaby to śmierć, a pewnie, lepiej żeby go dzikie zwierzęta nadgryzły. Kafrowie - lud współczesny Buszmenom- też specjalnie się zwłokami nie przejmowali, swoich umarlaczków wrzucali do fosy otaczającej zagrodę dla bydła, skąd oczywiście zwłoki te były po niedługim czasie wywlekane przez dzikie zwierzęta. A co robią przemyślni Eskimosi? A no Eskimosi, jak im staruszek zachorzeje, wystawiają go przed igloo by tam sobie zamarzł w spokoju na 40-stopniowym mrozie, pewnie się przy okazji troszkę zakonserwuje, a i nie wydziela specyficznego, pośmiertnego odorku... same korzyści. Oczywiście Eskimosi wyprawiają umarłemu pogrzeb, grzebią go jednak niezbyt głęboko, co z uwagi na wiecznie zamarzniętą ziemię niby nie dziwi, dziwi jednak samo grzebanie zmarłego, który zakopany zbyt płytko, zostaje przez psy i lisy polarne rychło odgrzebany.


A co do przykładów już bardziej humanitarnych, w Indiach jednym z najpopularniejszych zwyczajów pogrzebowych jest kremacja zwłok, w Tybecie zwłoki palono, zatapiano w rzece albo... oddawano na pastwę sępom, co w XIX wieku praktykowali także Hindusi, na szczęście się opamiętali. U niektórych ludów afrykańskich, ciała zmarłych umieszczało się (może jeszcze umieszcza,ale chyba rezygnuje się już z tych praktyk, w końcu długa jest ręka cywilizacji europejskiej) na specjalnie przygotowanych do tego celu platformach, gdzie leżą sobie spokojnie, poza zasięgiem dzikich zwierząt, aż ciało całkowicie się rozłoży, a kości pięknie na słonku wybieleją, po czym uroczyście zabiera się owe kostki do wioski, gdzie robi się z nich różne przydatne przedmioty, jak paski, biżuterię, pudełeczka na szpargały... e tfu, przepraszam, drobiazgi rzecz jasna, które są następnie rozdysponowywane między członków rodziny zmarłego i tym o to sposobem duch jego jest ciągle wśród nich obecny. I co? I grobków nie ma, a mimo to, nie można powiedzieć, że umarłemu czci nie oddano. Wygląda na to, że z pogrzebem jest nawet więcej zachodu niż w naszej kulturze, gdzie umarłemu wyprawiamy uroczysty pogrzeb i stypę, stawiamy mu nagrobek marmurowy i ...i często już. Odwiedzamy grób nierzadko raz do roku podczas Święta Zmarłych, zapalamy znicz, modlitwę zmawiamy i wracamy do domu. Chociaż coraz więcej osób decyduje się na kremację, co w obliczu szybkiego przepełniania się nekropolii jest zjawiskiem jak najbardziej wskazanym, a i prochy bliskiego w ozdobnej urnie można nad kominkiem czy na półce w salonie postawić. I już jest piękniej, bo bliski jest ciągle w naszym życiu obecny. Ewentualnie można prochy w jakimś malowniczym miejscu rozsypać, ale na to zdaje się trzeba mieć jakąś zgodę... skądś, nie wiem skąd. No i w zasadzie tylko Buszmenem czy Eskimosem być jakoś było niezaspecjalnie ciekawie, jak jeszcze za życia człowieka za zmarłego uznawali, konać ze świadomością, że się zostało wyrzuconym jak zbędny balast, chociaż się po kieszonkowe do nas swego czasu przychodziło, czy o pomoc prosilo... no przykro jakoś tak ostatnie chwile życia spędzać. No ale zobaczymy w dalszej części książki jak tam w późniejszych czasach ze zmarłymi sobie poczynano, gdzie już większa świadomość wyjątkowości człowieka i jego wyższości nad innymi mieszkańcami Ziemi się objawiła...


No tak na marginesie, naćkane to potwornie wyszło, nie wiem czy ktoś (Doti badź Łukasz) się połaszczy przeczytać niekoniecznie jest co, to tylko taki zarys, zachęcam do przeczytania książki, książka jest naprawdę ciekawa, pożyczyć mogę jak doczytam


P.S Kiss kotek, tęsknie...

Nawałnice, tornada, burze tropikalne...

Pierwszy dzień urlopu moich rodziców, to zwykle początek całej serii kataklizmów przewalających się przez moja hacjendę. Dziwny zbieg okoliczności? Raczej nie. To świadome, doroczne, już chyba tradycyjne działania, mające na celu usunięcie przez okrągły rok nagromadzanych, różnej wielkości, kształtu i maści pudeł, gazet i innych śmieci, które to rzekomo miały się kiedyś przydać. No pewnie, "wynieś do piwnicy, przyda się", a potem i tak wszystko ląduje na śmietniku, bo i do czego na ten przykład mogłaby się przydać pęknięta płytka, puszka po farbie, czy zaschnięty pędzel z jedną trzecią włosia? A no do niczego. Ale nawałnica nie usuwa w niebyt wszystkiego, co napotka na swojej drodze, o nie... dla niektórych rzeczy znajduje nowe, zaszczytne miejsce. Oczywieście po roku, okaże się, że owo miejsce nie oddaje już w pełni ich piękna i użyteczności i należy przenieść skarby tam, gdzie ich blasku nie przyćmi nawet stojąca nieopodal stara szczotka z połamanym kijkiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że rozwiązaniem o wiele szybszym byłoby przeniesienie starej szczotki z połamanym kijkiem parę centymetrów dalej, no cóż, to byłoby zbyt proste... I takie są właśnie zalety domu z obszerną piwnicą, zawsze można powiedzieć, że coś się kiedyś przyda i wrzucić w tą otchłań prawie bez dna. A potem delektować się przygodą odkrywania różnych dziwów ,które przy okazji porządków się tam znajduje. Porządków, które mianem porządków określa się tylko dla zachowania pozorów... porządkiem byłoby puszczenie przez tę stajnię Augiasza rzeki, która wymiotłaby wszystko, do ostatniej deseczki i listewki, a nie przekładanie wszystkiego z miejsca na miejsce, kiedy to w rezultacie, dechy leżące pod jedną ścianą lądują ułożone wcale nie piękniej na ścianie przeciewległej. Chociaż może jestem niesprawiedliwa, bo przecież sama wtargnąwszy dziś do garażu, zburzyłam spokój małych, ośmionożnych stworzonek, które przez cały rok pracowicie spowijały garaż (przeznaczony nie wiem czemu na rupiecie a nie na samochód) gęstą pajęczyną. Szast- prast... i nie ma pajęczynki na oknie... drugi szast i drugi prast i nie ma pajęczynki w kącie... i nie ma pajączka wielkiego jak pięść. No tych szastów i prastów to powiem, wcale nie było mało, datąd nie mogę wyjść z podziwu jak przez rok, takie małe pajączki mogą tyle pajęczyny narobić. Pozbywając się wszelkich pozostałości po plecionych domkach nawzniecałam przy okazji tabuny kurzu... a ten skąd się tu wziął? ...Ale dość dziwów jak na jeden dzień . Dziś piły, powykrzywiane gwoździki i tekturki, jutro przeterminowane galaretki...

How good to be baranek...

How good to be baranek and wake up sobie ranek, and running to... barek z... bez imion będzie, bo to blog absolutnie tajny i poufny, a żeby się personalia osób uczestniczących nie wydały będę używać pierwszych literek imion... a więc z A. i D. sobie do tego barku running, wczoraj konkretnie, humorek mi się dzięki temu poprawił nieprzeciętnie Cudownie w końcu się po sesji odprężyć, zwłaszcza, że trwała 3 miesiące... czy to możliwe? Musi!!! Wykończona byłam jakbym z pół roku harowała jak dziki osioł, więc po odjęciu czasu na święta, na przerwy, na dni wszelkie uczelniane i rektorskie... i na moje własne prywatne dni w ostatecznym rozrachunku wyszły 3 miechy, stoją jak byk, więc ja moim rachunkom wierzę i weryfikować ich w żaden sposób nie będę. No w każdym bądź razie miło było sie z A. i D. spotkać, pogawędzić, powygłupiać, jak za starych, dobrych, szkolnych czasów, tu wspomnę, że z szanowną A. 3 lata przesiedziałam w jednej ławce, że ona tyle ze mną wytrzymała i mnie z ławki nie eksmitowała, to się dziwię po dziś dzień. No i oczywiście wylądowałyśmy ( jak zwykle zresztą) z piwem w ręku w miejscu do tego absolutnie nie przeznaczonym, gdzie w każdej chwili mogły nas otoczyć patrole, dziesiątki patroli, setki nawet... patroli policji, tabuny mundurowych... tu mnie wyobraźnia troszkę poniosła, bo wiadomo przecież, że gdzie dzieje się przestępstwo tam policji nie uświadczysz. Nie żebym krytycznie do pracy ich była nastawiona, ja sobie ich pracę bardzo cenię, ale mogliby się troszkę przyłożyć i strach siać a nie marihuanę pod komisariatem (joke perfidny, już się nie śmieję). Nasze spotkanie zakończyło się, jak to zwykle się kończy, czyli kłutnią między A. i D. które to sobie zawsze coś kradną, ja mam wrażenie nawet, że one to kradziejstwo ćwiczą, i się do niego przygotowują przez cały czas kiedy się nie widzimy. Doszły już niemalże do perfekcji, o czym przekonałam się wczoraj, kiedy to A. niepostrzeżenie zsunęła mi z palca pierścionek... no jakże ona to zrobiła, ja nie mam pojęcia, to się absolutnie w mojej filozoficznej głowie nie mieści, dodam, że pół nocy przez tę zagadkę nie spałam... Ale nic to ,pożegnałyśmy się już w przyjaźni, pokój został między wrogimi obozami zawarty i wszystkie oczekujemy następnego spotkania No pozdrawiam oczywiście D. i A., która linku na bloga tego nie ma ...

Witam na moim blogu

Hej, właśnie zabrałam się za tworzenie bloga, nie jestem jeszcze zbytnio zaawansowana w tej materii, ale mam nadzieję, że rychło się ogarnę. Mam nadzieję, że zainteresuje Was mój blog. Pozdrawiam i zapraszam do lektury.