niedziela, 23 grudnia 2007

Nawałnice, tornada, burze tropikalne...

Pierwszy dzień urlopu moich rodziców, to zwykle początek całej serii kataklizmów przewalających się przez moja hacjendę. Dziwny zbieg okoliczności? Raczej nie. To świadome, doroczne, już chyba tradycyjne działania, mające na celu usunięcie przez okrągły rok nagromadzanych, różnej wielkości, kształtu i maści pudeł, gazet i innych śmieci, które to rzekomo miały się kiedyś przydać. No pewnie, "wynieś do piwnicy, przyda się", a potem i tak wszystko ląduje na śmietniku, bo i do czego na ten przykład mogłaby się przydać pęknięta płytka, puszka po farbie, czy zaschnięty pędzel z jedną trzecią włosia? A no do niczego. Ale nawałnica nie usuwa w niebyt wszystkiego, co napotka na swojej drodze, o nie... dla niektórych rzeczy znajduje nowe, zaszczytne miejsce. Oczywieście po roku, okaże się, że owo miejsce nie oddaje już w pełni ich piękna i użyteczności i należy przenieść skarby tam, gdzie ich blasku nie przyćmi nawet stojąca nieopodal stara szczotka z połamanym kijkiem. Ktoś mógłby powiedzieć, że rozwiązaniem o wiele szybszym byłoby przeniesienie starej szczotki z połamanym kijkiem parę centymetrów dalej, no cóż, to byłoby zbyt proste... I takie są właśnie zalety domu z obszerną piwnicą, zawsze można powiedzieć, że coś się kiedyś przyda i wrzucić w tą otchłań prawie bez dna. A potem delektować się przygodą odkrywania różnych dziwów ,które przy okazji porządków się tam znajduje. Porządków, które mianem porządków określa się tylko dla zachowania pozorów... porządkiem byłoby puszczenie przez tę stajnię Augiasza rzeki, która wymiotłaby wszystko, do ostatniej deseczki i listewki, a nie przekładanie wszystkiego z miejsca na miejsce, kiedy to w rezultacie, dechy leżące pod jedną ścianą lądują ułożone wcale nie piękniej na ścianie przeciewległej. Chociaż może jestem niesprawiedliwa, bo przecież sama wtargnąwszy dziś do garażu, zburzyłam spokój małych, ośmionożnych stworzonek, które przez cały rok pracowicie spowijały garaż (przeznaczony nie wiem czemu na rupiecie a nie na samochód) gęstą pajęczyną. Szast- prast... i nie ma pajęczynki na oknie... drugi szast i drugi prast i nie ma pajęczynki w kącie... i nie ma pajączka wielkiego jak pięść. No tych szastów i prastów to powiem, wcale nie było mało, datąd nie mogę wyjść z podziwu jak przez rok, takie małe pajączki mogą tyle pajęczyny narobić. Pozbywając się wszelkich pozostałości po plecionych domkach nawzniecałam przy okazji tabuny kurzu... a ten skąd się tu wziął? ...Ale dość dziwów jak na jeden dzień . Dziś piły, powykrzywiane gwoździki i tekturki, jutro przeterminowane galaretki...

Brak komentarzy: