niedziela, 23 grudnia 2007

How good to be baranek Part 2


Ostania notka pojawiła się dość dawno, zatem, żeby stworzyć pozory jakiej takiej systematyczności, przedstawiam oto notkę nową, z sensem czy bezsensu napisaną, raczej bezsensu, co z uwagi na potworne, nie przymierzając niemalże saharyjskie upały, pewnie nikogo nie zdziwi. 50-cio stopniowy żar bynajmniej żadnym intelektualnym zmaganiom nie sprzyja... 38 stopniowy również. Ja się dziwię, że w ogóle chce mi się oddychać, po tym dniu najgorętszym z najgorętszych, nie do końca udanym z powodów nieistotnych... Ale żeby nie smęcić, przejdę do rzeczy. Otóż miałam w notce napomknąć o powtórnym spotkaniu z D. i A. (w odwrotnej kolejności tym razem, ażeby nikogo nie dyskryminować i wykluczyć jakoby były to inicjały jednej jedynej osoby, bo i takie podejrzenia miały miejsce) Zatem napomykam, bo i jest o czym napomykać W sobotę 14 lipca hrabianki D. i A. (w asyście kaktusa) radośnie przestąpiły progi mojej hacjendy, opuszczały już w nastroju średnio radosnym, a to za przyczyną hektolitrów... soku z grejpfruta czerwonego... i tu pewnie wymalowało się zdziwienie niepojęte na co poniektórych twarzach, zwłaszcza szanownych D. i A., jak najbardziej zresztą zasadne, bo i cóż może mieć wspólnego sok z grejpfruta czerwonego z jakimkolwiek nastrojem?... otóż absolutnie nic i oczywiście wierzę, że wszyscy wiedzą z jakim rodzajem „soku” miałyśmy do czynienia, te sprytnie zawoalowane treści, mają jedynie odrzucić podejrzenia jako byśmy przy każdej sposobności zaglądały do kieliszka, bo w sumie na to wychodzi, a i propagować napojów wyskokowych w żadnym wypadku tu nie zamierzam. No więc dobrze, może porzucę porównania do soku grejpfrutowego, ale co piłyśmy i w jakich ilościach niechże pozostanie naszą tajemnicą. Bądź co bądź, okazało się, że ani rodzaj, ani jakość, a już tym bardziej ilość, żadnym, nawet najbardziej zaprawionym w bojach hrabiankom nie służą, o czym świadczą gorliwe zapewnienia jednej z wymienionych hrabianek, że odtąd do dnia sądu ostatecznego nie zażyje, ba! Nawet nie spojrzy! (Tu już sobie ubarwiłam nieco, aczkolwiek mogło to i taką mieć postać)... o błogostanie drugiej, która beztrosko przejechała własną stację już nie wspomnę. A i o moim śnie kamiennym też nie ma co mówić... dobrze, że kaktus ma się dobrze, u kaktusa obyło się bez rewelacji, stoi sobie dalej na zaszczytnym miejscu, na samym środku pustej, środkowej półki pustego regału, stojącego niekoniecznie na środku pokoju. Ale nastroje „przed” i „po” swoją drogą, najważniejsze są nastroje „pomiędzy” a te jak zwykle były znakomite. Nie obyło się również bez aktu „kradziejstwa” telefonu tym razem dla odmiany (brawo za innowacje) a i tu nowość w postaci wysyłania sms-ów dziwnej treści. Jakby nie patrzeć, powtórka z „barankowania” była i radości wiele przyniosła, pozdrawiam zatem szanowne D. i A. (która link na bloga tego jednak ma), nie na wszystkich można liczyć tak jak na Was


Jeszcze słówko odnośnie „Plemion”. Faktycznie ostatnimi czasy przesiadujemy nagminnie w internecie i rozkminiamy „Plemiona”- browerską (cokolwiek to znaczy, może browarską) grę online, której celem jest rozbudowanie i doprowadzenie do świetności swojej wioseczki, a także... napadanie, grabienie i łupienie wioseczek pobliskich. Oczywiście na chwilę obecną, napadam na wioseczki opuszczone, którymi nikt się już nie interesuje, zatem nikomu żadna krzywda się nie dzieje. Gierka przyznam fajna, wciągnęła mnie niemało, chociaż nie do końca, jestem pewna czy znam już jej zasady. Na szczęście mam instruktora i protektora, który mnie karygodnie zaniedbuje, ale w zasady bądź co bądź wgłębia, wsparcie podsyła i do mojej wioseczki i do hrabstwa Doti również, dzięki czemu pniemy się z szanowną hrabianką D. po szczytach kariery, coraz wyżej i wyżej w rankingu plemienia JEDI .

Brak komentarzy: