Wpadła mi w ręce książeczka Krzysztofa Kowalskiego "Eros i Kostucha". Książka składa się z dwóch części, pierwsza opowiada o rytuałach pogrzebowych ludów ludzkich na przestrzeni całej, liczącej 2 000 000- 3 000 000 milionów lat antropogenezy, druga część dotyczy... jakkby to określić... prokreacji i związanych z nią kultów, obrzędów itp. Zapoznaję się narazie z częścią pierwszą i przyznam, że dość ciekawe kwestie są tam przez autora poruszane. Oczywiście, trudno jest określić z całą precyzją jak odnosiły się do śmierci ludy pierwotne, naukowcy nie dysponują zbyt wieloma dowodami na istnienie jakichkoliwiek kultów zwiazanych z pochówkiem współplemieńców na początku dziejów ludzkości. Są to jedynie domysły, ale jakie domysły!
Przez długi czas przypuszczano, że brak grobów oznaczał właśnie brak obrzędów pogrzebowych, Kowalski przytacza wiele przykładów z nowszej już i udokumentowanej historii, gdzie brak grobów wcale nie wiąże się z brakiem otaczania zmarłych jakąkolwiek czcią... chociaż i z tą czcią bywało różnie, jak chociażby u Buszmenów, którzy umierającego towarzysza po prostu porzucali, zostawiając mu troszkę pożywienia i wody. Cóż za troska, niech biedaczek chociaż z głodu nie umrze, straszna byłaby to śmierć, a pewnie, lepiej żeby go dzikie zwierzęta nadgryzły. Kafrowie - lud współczesny Buszmenom- też specjalnie się zwłokami nie przejmowali, swoich umarlaczków wrzucali do fosy otaczającej zagrodę dla bydła, skąd oczywiście zwłoki te były po niedługim czasie wywlekane przez dzikie zwierzęta. A co robią przemyślni Eskimosi? A no Eskimosi, jak im staruszek zachorzeje, wystawiają go przed igloo by tam sobie zamarzł w spokoju na 40-stopniowym mrozie, pewnie się przy okazji troszkę zakonserwuje, a i nie wydziela specyficznego, pośmiertnego odorku... same korzyści. Oczywiście Eskimosi wyprawiają umarłemu pogrzeb, grzebią go jednak niezbyt głęboko, co z uwagi na wiecznie zamarzniętą ziemię niby nie dziwi, dziwi jednak samo grzebanie zmarłego, który zakopany zbyt płytko, zostaje przez psy i lisy polarne rychło odgrzebany.
A co do przykładów już bardziej humanitarnych, w Indiach jednym z najpopularniejszych zwyczajów pogrzebowych jest kremacja zwłok, w Tybecie zwłoki palono, zatapiano w rzece albo... oddawano na pastwę sępom, co w XIX wieku praktykowali także Hindusi, na szczęście się opamiętali. U niektórych ludów afrykańskich, ciała zmarłych umieszczało się (może jeszcze umieszcza,ale chyba rezygnuje się już z tych praktyk, w końcu długa jest ręka cywilizacji europejskiej) na specjalnie przygotowanych do tego celu platformach, gdzie leżą sobie spokojnie, poza zasięgiem dzikich zwierząt, aż ciało całkowicie się rozłoży, a kości pięknie na słonku wybieleją, po czym uroczyście zabiera się owe kostki do wioski, gdzie robi się z nich różne przydatne przedmioty, jak paski, biżuterię, pudełeczka na szpargały... e tfu, przepraszam, drobiazgi rzecz jasna, które są następnie rozdysponowywane między członków rodziny zmarłego i tym o to sposobem duch jego jest ciągle wśród nich obecny. I co? I grobków nie ma, a mimo to, nie można powiedzieć, że umarłemu czci nie oddano. Wygląda na to, że z pogrzebem jest nawet więcej zachodu niż w naszej kulturze, gdzie umarłemu wyprawiamy uroczysty pogrzeb i stypę, stawiamy mu nagrobek marmurowy i ...i często już. Odwiedzamy grób nierzadko raz do roku podczas Święta Zmarłych, zapalamy znicz, modlitwę zmawiamy i wracamy do domu. Chociaż coraz więcej osób decyduje się na kremację, co w obliczu szybkiego przepełniania się nekropolii jest zjawiskiem jak najbardziej wskazanym, a i prochy bliskiego w ozdobnej urnie można nad kominkiem czy na półce w salonie postawić. I już jest piękniej, bo bliski jest ciągle w naszym życiu obecny. Ewentualnie można prochy w jakimś malowniczym miejscu rozsypać, ale na to zdaje się trzeba mieć jakąś zgodę... skądś, nie wiem skąd. No i w zasadzie tylko Buszmenem czy Eskimosem być jakoś było niezaspecjalnie ciekawie, jak jeszcze za życia człowieka za zmarłego uznawali, konać ze świadomością, że się zostało wyrzuconym jak zbędny balast, chociaż się po kieszonkowe do nas swego czasu przychodziło, czy o pomoc prosilo... no przykro jakoś tak ostatnie chwile życia spędzać. No ale zobaczymy w dalszej części książki jak tam w późniejszych czasach ze zmarłymi sobie poczynano, gdzie już większa świadomość wyjątkowości człowieka i jego wyższości nad innymi mieszkańcami Ziemi się objawiła...
No tak na marginesie, naćkane to potwornie wyszło, nie wiem czy ktoś (Doti badź Łukasz) się połaszczy przeczytać niekoniecznie jest co, to tylko taki zarys, zachęcam do przeczytania książki, książka jest naprawdę ciekawa, pożyczyć mogę jak doczytam
P.S Kiss kotek, tęsknie...
Przez długi czas przypuszczano, że brak grobów oznaczał właśnie brak obrzędów pogrzebowych, Kowalski przytacza wiele przykładów z nowszej już i udokumentowanej historii, gdzie brak grobów wcale nie wiąże się z brakiem otaczania zmarłych jakąkolwiek czcią... chociaż i z tą czcią bywało różnie, jak chociażby u Buszmenów, którzy umierającego towarzysza po prostu porzucali, zostawiając mu troszkę pożywienia i wody. Cóż za troska, niech biedaczek chociaż z głodu nie umrze, straszna byłaby to śmierć, a pewnie, lepiej żeby go dzikie zwierzęta nadgryzły. Kafrowie - lud współczesny Buszmenom- też specjalnie się zwłokami nie przejmowali, swoich umarlaczków wrzucali do fosy otaczającej zagrodę dla bydła, skąd oczywiście zwłoki te były po niedługim czasie wywlekane przez dzikie zwierzęta. A co robią przemyślni Eskimosi? A no Eskimosi, jak im staruszek zachorzeje, wystawiają go przed igloo by tam sobie zamarzł w spokoju na 40-stopniowym mrozie, pewnie się przy okazji troszkę zakonserwuje, a i nie wydziela specyficznego, pośmiertnego odorku... same korzyści. Oczywiście Eskimosi wyprawiają umarłemu pogrzeb, grzebią go jednak niezbyt głęboko, co z uwagi na wiecznie zamarzniętą ziemię niby nie dziwi, dziwi jednak samo grzebanie zmarłego, który zakopany zbyt płytko, zostaje przez psy i lisy polarne rychło odgrzebany.
A co do przykładów już bardziej humanitarnych, w Indiach jednym z najpopularniejszych zwyczajów pogrzebowych jest kremacja zwłok, w Tybecie zwłoki palono, zatapiano w rzece albo... oddawano na pastwę sępom, co w XIX wieku praktykowali także Hindusi, na szczęście się opamiętali. U niektórych ludów afrykańskich, ciała zmarłych umieszczało się (może jeszcze umieszcza,ale chyba rezygnuje się już z tych praktyk, w końcu długa jest ręka cywilizacji europejskiej) na specjalnie przygotowanych do tego celu platformach, gdzie leżą sobie spokojnie, poza zasięgiem dzikich zwierząt, aż ciało całkowicie się rozłoży, a kości pięknie na słonku wybieleją, po czym uroczyście zabiera się owe kostki do wioski, gdzie robi się z nich różne przydatne przedmioty, jak paski, biżuterię, pudełeczka na szpargały... e tfu, przepraszam, drobiazgi rzecz jasna, które są następnie rozdysponowywane między członków rodziny zmarłego i tym o to sposobem duch jego jest ciągle wśród nich obecny. I co? I grobków nie ma, a mimo to, nie można powiedzieć, że umarłemu czci nie oddano. Wygląda na to, że z pogrzebem jest nawet więcej zachodu niż w naszej kulturze, gdzie umarłemu wyprawiamy uroczysty pogrzeb i stypę, stawiamy mu nagrobek marmurowy i ...i często już. Odwiedzamy grób nierzadko raz do roku podczas Święta Zmarłych, zapalamy znicz, modlitwę zmawiamy i wracamy do domu. Chociaż coraz więcej osób decyduje się na kremację, co w obliczu szybkiego przepełniania się nekropolii jest zjawiskiem jak najbardziej wskazanym, a i prochy bliskiego w ozdobnej urnie można nad kominkiem czy na półce w salonie postawić. I już jest piękniej, bo bliski jest ciągle w naszym życiu obecny. Ewentualnie można prochy w jakimś malowniczym miejscu rozsypać, ale na to zdaje się trzeba mieć jakąś zgodę... skądś, nie wiem skąd. No i w zasadzie tylko Buszmenem czy Eskimosem być jakoś było niezaspecjalnie ciekawie, jak jeszcze za życia człowieka za zmarłego uznawali, konać ze świadomością, że się zostało wyrzuconym jak zbędny balast, chociaż się po kieszonkowe do nas swego czasu przychodziło, czy o pomoc prosilo... no przykro jakoś tak ostatnie chwile życia spędzać. No ale zobaczymy w dalszej części książki jak tam w późniejszych czasach ze zmarłymi sobie poczynano, gdzie już większa świadomość wyjątkowości człowieka i jego wyższości nad innymi mieszkańcami Ziemi się objawiła...
No tak na marginesie, naćkane to potwornie wyszło, nie wiem czy ktoś (Doti badź Łukasz) się połaszczy przeczytać niekoniecznie jest co, to tylko taki zarys, zachęcam do przeczytania książki, książka jest naprawdę ciekawa, pożyczyć mogę jak doczytam
P.S Kiss kotek, tęsknie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz