niedziela, 23 grudnia 2007

In da zoo...

    Piękny, cudownie leniwy, słoneczno- burzowy dzień 27 lipca roku pańskiego 2007. Od godziny 10.00, po irytacji na apatycznośc komputera, który zaczynam sądzić przeżywa jakis kryzys i ogólną zlą kondycję internetu - który nawiasem mówiąc jest już bliski samobójstwa, zabrałam się za czytanie nowiutkiego, nie pachnacego jeszcze półrocznym kurzem, a farbą drukarską nabytku o tytule po który sama pewnie bym nie sięgnęła. Zakupiony wczoraj przez moją mamę egzemplarz "Diabeł ubiera się u Prady" wcisnęłam do ręki i wyszłam z domu, a wyszłam daleko bo az na taras, gdzie usadowiłam się wygodnie na huśtawce i zaczęłam czytać. No i przyznam fabuła wciągająca, to jedna z tych książek, które można bez opamietania przeczytać w jedną noc... no może w dwie, fakt, że jest to 448-mio stronnnicowa powieść niejako uniemożliwia przeczytanie jej bez absolutnego oderwania sie choć na chwile. 

Generalnie czytam faktycznie "Diabeł ubiera się u Prady" i istotnie książka mnie wciągnęła, robię obecnie małą przerwę na "dopieszczenie" mojej wioseczki na Plemionach i pozbycie się tych natrętnych literek sprzed oczu... literki, wszędzie literki, małe, wścibskie i do tego ułożone kompletnie bezsensu, w jakimś nic nie znaczącym szyku... całe rzędy literek... Szkoda, że nie pomyślałam wcześniej o przeczytaniu czegoś tak luźnego i odstresowującego, autentyczny odmóżdżacz, choć nie jakieś tam denne romansidło... aczkolwiek historia kompletnie nierealna, i to nie tylko za sprawą posiadania przez główną bohaterkę "mężczyzny idealnego", który najpierw cieszy się jej sukcesem w branży dziennikarskiej, później na każdym kroku ją wspiera, a do tego jest przy niej mimo, że ta, zapracowana nie ma dlań czasu i nieustannie przekłada planowany od dawna wieczór, podczas krórego cała jej uwaga ma się skupić tylko i wyłącznie na nim... jaki mężczyzna by to wytrzymał? ... Ale dość o nierealnych historiach, kilka dni temu wreszcie przyjechał do Warszawki Ł. i mieliśmy parę dni tylko dla siebie Powiedzmy, że trzy, od czwartku wieczorem do późnego sobotniego popołudnia. Jak opisuję "barankowanie" z hrabinkami A. i D. tak chętnie opisałabym spotkanie z Ł. ale tu problem pojawia się niemały, nie ulega wątpliwości chyba, że spotkania z Ł. mają zupełnie inny charakter niż wspomniane "barankowanie" z hrabinami... Chciałam napisać, żeby mu nie przyszło do główki, że się wcale nie ucieszyłam, że przyjechał, owszem ucieszyłam się i to bardzo, najbardziej z tego, że mogłam się przytulić, a zaraz potem z tego, ze zabrał mnie do zoo chodziliśy przez ładnych parę godzin, oglądaliśmy cudowne brunatne misiaki, jeden uroczo łaził wzdłuż całej fosy, zatrzymywał się kolejno przy każdej grupce gapiów i witał ich radośnie, od czasu do czasu uderzając łapką w taflę wody... ponadto widzieliśmy słodkie foczki w porze karmienia, treser przyszedł do nich z całym wiadrem rybek, postawił dla każdej trzy różne... nie wiem jak to nazwać, w każdym razie foczki podpełzały do tego i dotykały noskami- symbolizowały w ten sposob, że chcą jeszcze dostać rybę- dopóki treser nie gwizdnął, wtedy się odsuwały i ten rzucał im kawałki ryb. Były także groźne lwy i ( Łukasza ulubione zwierzątka ) tygrysy, które zamiast miauczenia wydawały z siebie przeciągłe "auuuuu..." ...no i tu się chyba sypie cała teoria o miauczeniu kotków domowych, bo skoro i one i tygryski są z rodziny kotowatych, to kocie "miauuu..." jest pewnie w rzeczywistości nieco zmiękczonym "auuu..." dodam,że faktycznie nigdy nie słyszałam w całym miauczeniu żadnego "m"... Były pumy, leniwe gepardy i nadpobudliwe lampardy ( jeden krążył po klatce po ścieśle wytyczonej trasie, zbaczając tylko czasem i to nieznacznie), o lubieżnych słonikach, ktorym zebrało się na amory w środku dnia i to w obecności zaskoczonych do granic możliwości żenujacym zachowaniem słoni odwiedzającym zoo nie wspomnę Oglądaliśmy jadowite tarantule i ptaszniki, których bliska obecność wcale nie napawała dzielnego Łukasza lękiem, nie przestraszył się ani razu Widzieliśmy mnostwo zwierząt, tych egzotycznych, jak krokodyle, aligatory czy małpki, i tych całkiem rodzimych jak bociany czy żubry. Było super

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nasze wspomnienia :) z wyjścia do ZOO :)

Pamiętam, że było bardzo fajnie (foki zwłaszcza, podczas karmienia, niedźwiedzie. Były też dwa minusy:
1. Nie było tygrysów ;/
2. Tam jest taka okropna hmm restauracja? No coś między kebabem a restauracją ;p mieli paskudną odgrzewaną pizze!!!

Anonimowy pisze...

Kochanie, tygrysy jak najbardziej były ;] Siedzieliśmy na przeciwko nich na ławce :) Nie było za to polarnych misiaków, szkoda :( ...

Anonimowy pisze...

No tak (głupek) zapomniałem!!

I tygrysy były świetne!! Super były i eeee..... wydawały z siebie głos. Bo miałczenia i ryczenia to mi nie przypominało takie raczej wycie.

Chyba samice wołał ;p